START
Nowości na stronie
Reggae newsy
MUZYKA
Reggae w Polsce
Reggae na świecie
Recenzje
Koncerty
Fotorelacje
RASTA i REGGAE
Reggae i  Rastafarianizm
Dready
Jamajka
Bębny
Czytelnia
Reggae słownik
Rasta foto
BOB MARLEY
Życie i twórczość
Dyskografia
Teksty piosenek
Wywiad
Galeria foto
INNE
Download
Forum
Czat
Rasta Rodzina
Księga Gości
Linki
Autorzy RRR

 

Copyright: PiotRAS

 

„ Językiem, mową i głosem rzeczywistości jest muzyka.”

ROZMOWA ZE SŁAWOMIREM GOŁASZEWSKIM cz. 2.

Sławomir Gołaszewski odpowiada na pytania pojawiające się na forum RASTA ROOTS REGGAE.

Czy biały może być RASTAMANEM?

Pytanie, czy biały może być rastamanem, przywodzi na myśl dwie historie. Pierwsza toczy się w okresie zimnej wojny i opowiada o tym, jak to jeden ze szpiegów miał za zadanie szpiegować na Syberii. Wykształcony jest doskonale, tak że w krótkim czasie dołącza do miejscowej elity intelektualnej. Gdy już jest przekonany, że wrasta powoli w miejscowe klimaty, dostrzega starowinkę, która uśmiecha się ironicznie. Podchodzi do niej i pyta – O co chodzi? A ona na to – Ty chyba nie nasz jesteś malczik. Groza sytuacji wynikającej z możliwości demaskacji na najniższym poziomie hierarchii społecznej ciśnie mu na usta pytanie: - A po czym to, babciu, poznajecie? – To proste. U nas nie ma czarniawych. A on był Murzyn, czego z powodu politycznej poprawności nie brali pod uwagę szkolący szpiegów naukowcy, zapewne liberałowie i demokraci. Taka bowiem jest zasada wiary, że jedno wyznajemy a inne wykluczamy. A jak wiemy Związek Sowiecki był to kraj demokratyczny i liberalny, prawie wszyscy brali udział w wyborach, co do dziś stanowi ideał, do jakiego dążą kolejne pokolenia liberałów i demokratów. Druga opowieść mówi o pisarzu. Któregoś dnia obudził się przeświadczony, że we śnie rozmawiał z Bogiem. Nie on jeden miał taką przygodę, ale za to jako pierwszy w środowisku literatów opowiedział o tym, najpierw w kręgu znajomych i przyjaciół, a potem opisał to i opublikował. Powiadają, że w ten sposób dokonał duchowego przebudzenia w swoim pokoleniu i zapoczątkował nową tradycję, jaka przed nim nie istniała, choć dawniej i gdzie indziej dobrze była znana. Najważniejsze w owym śnie było to, że Bóg oznajmił pisarzowi, że ten jest Żydem, a to pociąga za sobą szereg powinności. Co ciekawe, literat wiedział po przebudzeniu co ma robić, choć sen ten nigdy się już nie powtórzył. Jest jeszcze trzecia opowieść, mówiąca o tym, że matką rastamana jest jego dusza a ojcem jego duch, a te, jak powszechnie wiadomo, pozbawione są kolorów, świecąc mgliście i szarawą raczej przybierając poświatę. Oczywiście można też wierzyć i w to, że jesteśmy dziećmi słońca i gwiazd, albo dziećmi tęczy, stanowiącej most między niebem i ziemią. Myśl przewodnią pierwszego poglądu odnajdujemy w Piosence, której nie można przestać śpiewać Edwarda Stachury:

Słońcem byliśmy cieniem jesteśmy
Słońcem będziemy dziećmi swych dzieci.

Pogląd drugi z łatwością odnajdziemy wśród przeświadczeń ekologii, głoszącej, że jesteśmy dziećmi ziemi i żywiołów. Podobne opinie towarzyszą neoplatońskiej metafizyce, znane są w średniowiecznej teologii oraz stanowią światopogląd dawnego i dzisiejszego animizmu. Ostatecznie rastafarianizm został uznany za religię w łonie chrześcijaństwa i trafił do podręczników religioznawstwa jako przykład nowożytnej religii synkretycznej, obok takich jej form jak santeria, hudu czy candomble. Choć nazwy te brzmią dla nas egzotycznie, odlegle i obco, zalatują jednak swego rodzaju orthodoksją, nie pozbawioną jednak wpływu protestantyzmu, szczególnie w jego wersji spirytystycznej. Wniosek, że rastamanem można stać się mimowiednie, bezwolnie i chcąc nie chcąc, wynika z tego, że przyjmuje się wśród hipotez założenie możliwości transformacji esencji, przekraczającej naturalne i nabyte uwarunkowania genetyczne. Dla wielbicieli Kryszny, Siwy, mormonów czy amiszy, wyznawców Jahwe Boga, Buddy czy Allaha, nie stanowi to żadnego problemu, religię bowiem poprzedza wiedza i praktyka, nauka i wiara.

Konwersja czyli zmiana wyznania jest tu zasadą możliwości dokonywania wyboru, wpisaną w relacje społeczne. Tam, gdzie dominuje refleksja o bezgranicznej samotności człowieka, możliwości takiej nie ma. Nie można więc stać się kimś, kim się nie jest w świetle tradycji. Chyba, że przeistoczy się swój charakter na wzór ideału, zgadzając się na to, że jest się skazanym na bycie marunem i jednocześnie ignorantem. Bo choć kultura, nawet ta osobista, rozprzestrzenia się przez naśladownictwo, musi upłynąć czas jakiś, nim się stanie tradycją i zwyczajem.

Jednym z narzędzi umożliwiających zmianę wiary i wyznania jest rodowód. W tradycji historycznej nieobce jest pojecie protoplasty, patrona, twórcy wspólnoty, ojca narodu. Kultura antyczna, stanowiąca wzór dla humanizmu, zna imiona założycieli miast, twórców szkół, dzieł i dziedzin nauki czy sztuki, religijność traktując jako twórczość ludową. Odkrywaniu antyku towarzyszył zachwyt nad precyzją dawnych dyscyplin, co w sposób naturalny powodowało powstawanie elitarnych kręgów specjalistów i mistrzów, oraz wspólnot, związanych tajemnicą ślubu. Religia stała się testimonium wtajemniczonych w dzieje rodu. Antyczne rozumienie tego pojęcia jako dokumentu, określającego tożsamość i przynależność, ubogacono o znaczenia takie jak poczucie dojrzałości umysłowej i przejścia z młodzieńca w mężczyznę. Ale też dowód ubóstwa umysłowego, metryka albo patent. W świecie neofitów i prozelitów
(1) , wizjonerów i fascynatów, religia jawiła się jako wyższa funkcja wiedzy duchowej, w sposób naturalny dziedziczona po ojcu i po matce wśród arystokracji, podczas gdy poza tym kręgiem stanowiła opium dla ludu i pożywkę zabobonu. Pogląd taki głosi nie tylko humanizm, ale i późniejsze romantyczności pozytywizmu. Tak czy inaczej sztuka zyskała rangę metody poznawczej, dyskredytując naukę i spychając na ubocze filozofię, które, jak wiadomo, nie są domeną twórczości ludowej. Lud i naród to nie wszędzie jedno i to samo. A pośród odmienności niełatwo jest wyznaczyć przewodni motyw nawiązujący do dominujących światopoglądowych nurtów, chyba że ograniczymy rodowód do wybranej liczby pokoleń. Paradoksem nowej epoki jest to, że choć wydłuża się czas życia poszczególnych jednostek, socjologowie określają czas aktywności każdej generacji na lat kilkanaście, co odpowiada czasowi trwania grupy lub zespołu.

Tak czy inaczej rastafarianizm jako religia prowadzi do ekumenizmu, pojmowanego jako synkretyczny uniwersalizm lub globalizmu, traktowanego jako enklawa światopoglądów eklektycznych.

Pius XI głosił, że wszechświat, jeśli jest tak olśniewający boską pięknością, to dzięki temu, że jego poruszenia reguluje matematyka, boska kombinacja liczb, co mimo wyznawanego przez katolików dogmatu o nieomylności papieża nie stanowi powszechnej oczywistości w religijności ludowej, z drugiej zaś strony żywimy jednak atawistyczny respekt dla matematyków, pamiętając, że domenę ich wiary i wiedzy stanowiła algebra, jako abstrakcyjna nauka o proporcjach, analogiach i podobieństwach. Powiadają, że Pitagoras zasłynął jako twórca sekty, a dopiero później dał się poznać jako matematyk, a przy okazji jako kompozytor i autor teorii muzyki. Sokrates zaś zaczynał jako rzeźbiarz, syn rzeźbiarza i akuszerki. Jego uczniami byli Arystoteles i Platon, których związek ze sztuką wydaje się być odległy, chyba że za taką uznać filozofię albo zaliczyć do niej dialogi, jako literackie formy dramaturgiczne, opisujące tragedię ludzkiego życia, które jest pozbawione sensu, jeśli nie podlega działaniu siły wyższej. Taka epistemologia ciąży na poglądach religijnych każdej epoki. Mówimy o wpływie ducha czasu, lub geniuszu miejsca, zapominając o tym, że łacińskie genus oznacza rodzaj i plemię, a zatem jest kategorią związaną ze zbiorowością i pochodzeniem. I mało kiedy zwracamy uwagę na jej związek z klimatem. Dlatego mianem siły wyższej określamy też osadzenie w bycie, mimo iż w nowej epoce ławiej nam wyobrazić sobie jasełka, osadzone w scenerii palm czy kaktusów, o czym nasi przodkowie wyobrażenie mieli nijakie i niedostępne ich światopoglądowi. Nawet jeśli był prospołeczny i duchowo–intelektualny, to przeczył zwykłej inteligencji i rozumowi. A mimo to zwyczaj obchodzenia świąt stanowi signum temporis środowisk i kręgów, nie tylko wyznawców ale i sympatyków różnych poglądów religijnych. I mamy na ten temat bardzo dużo różnych opisów.

Spotkanie jako źródło poznania i przedmiotu nauk to jedna z zasad metafizyki. Inna głosi, że stanowi ono twardy korzeń wiedzy pewnej, która na poziomie informacji wywiera wpływ niewyraźny, przez co poniekąd i anonimowy. Taki sam ma twórczość ludowa, której wpływ na wysublimowaną sztukę elit pozostaje niewidoczny, lecz nie do końca. Stąd nasza naturalna skłonność by przyjmować za realne istnienie światła ostatecznych uzasadnień oraz potrzeby jego poszukiwań, co zbliża metafizykę do religii, a ze sztuki czyni pomost między światopoglądem a nauką albo wiarą i ontologią. Skoro wiemy, że poznanie jest kwestią czynienia a korzenie to potrzeby naszej natury, widzimy religię jako konsekwencję historii, mitu, legendy i języka, użytego do jej opisu. Dostrzegamy też wyraźnie nasz związek z tradycją. A ta, jak wiemy skąd–inąd, jest kluczem do sensownego rozumienia naszego związku z tym co było i z tym, co będzie. Nie tylko Marcus Garvey twierdził, że bez rozumienia własnej historii jest się jak ten głąb kapuściany w społeczeństwie. Głosili to też filozofowie doby oświecenia i artyści epoki modernizmu, poeci Młodej Polski i prorocy, wśród pisarzy i uczonych nowej epoki. Nawet ateistom nieobcy był ów pogląd, skąd już krok tylko do duchowości nowej epoki, przekształcającej się w schemat wiedzy i stereotyp poznawczy, łączący metafizykę z gnozą, mistyką, herezją i para–doksą odkryć naukowych. Bo czy nie jest zdumiewające to, że człowiek, mimo całego bogactwa swego poznawczego aparatu, nie dysponuje zmysłem, pomocnym w różnicowaniu tonów wysokich od niskich i że zdecydowana większość ludzi nie odróżnia dźwięku skrzypiec od dźwięku fortepianu? Jedyne różnice, na jakie reaguje mózg ludzki to głośność i rytm. Powtarzalność pulsacji stanowi źródło przyjemności i dopiero ona jest reakcją organizmu na muzyczne doświadczenie. Muzyka liturgiczna dla słuchaczy spoza kręgu wyznawców najczęściej bywa mało przyjemnym hałasem, a to zaledwie jeden mały element przypisywany do religijnej duchowości.

Na czym polega związek reggae i tańca oraz reggae i tai-chi o którym pisze pan w swojej książce Reggae Rastafari ?

Odpowiadając na pytanie, jaki jest związek reggae i tańca oraz reggae i tai–ci, należy poprzedzić je kwestią ogólniejszą, pytając o wzajemną zależność muzyki i tańca. Bo jeśli przyjmiemy, że rege to muzyka taneczna, tak jak za taniec zwykła uchodzić salsa albo calypso, to zobaczymy, że wiele nazw, przyjętych na określenie muzyki, w swym pierwotnym znaczeniu określa taniec lub rytm. Rege pojawiło się w Europie jako grane z płyt w dyskotekach, w Ameryce zaś za sprawą radia i telewizji. W Europie w sposób naturalny muzyka rege najpierw była tańcem, z racji miejsca, stanowiącego jej medium. Jamajski sound–system, widziany jako dyskoteka lokalnej wspólnoty, po przeniesieniu do nowego świata przybrał nowe formy, od loftowych spotkań, przez nowofalowy rave, po dance–hall, czyli ogromne przestrzenie zamknięte. Nieczynne już sale teatralne czy puste magazyny stanowiły znamienitą okoliczność dla tego rodzaju sytuacji. I w ten sposób rege pojawiło się na scenie jako afrykański balet. A że nie wszyscy mogli uczestniczyć w takich pokazach, wyłoniła się konieczność ich dokumentacji. W ten sposób przyszły na świat płyty, zawierające ścieżki dźwiękowe spektakli. Niektóre, w sposób konsekwentny, trafiały do dyskoteki albo na radiową antenę. Przypomniano też sobie o pierwotnym związku teatru z obrzędem, więc powstawały płyty kolejne, przeznaczone dla innego rodzaju słuchaczy. Dla fanów skocznego ska spowolnione nyahbingi zdało się być udręką i katorgą, wyprowadzającą z równowagi wewnętrzne organy. Często kiedyś słyszałem powiedzenie takie, że flaki się wywracają od tej muzyki, podczas gdy mi współgrała z tym, co mnie wówczas absorbowało. Tego rodzaju rezonans nazywany bywa wibracją albo poruszeniem. Jego zewnętrzą formę stanowią kroki. Kroki tańca ska pochodzą od gestykulacji, znanej jako skank, z której wywodzi się też brejk–dens (break–dance) taniec połamaniec. Trudno to sobie wyobrazić w kręgu nyahbingi, dopóki się tego nie zobaczy, a i tak nie przestanie nas dziwić.

Mówimy wszak o kulturze afrykańskiej, którą nam przybliża kultura Karaibów oraz podobnych im wygnańców i emigrantów. Zdumiewająca i trudna do wysłowienia jest żywotność tego, co trwało i trwa z dala od Europy (2) – pisał Rajmund Kalicki – a zdziwienie jest cieniem tajemnicy. Gdy z początkiem 1492 roku katoliccy królowie Europy pod wodzą Izabeli Hiszpańskiej wydali dekret nakazujący innowiercom zmianę wyznania lub opuszczenie kraju, narodziły się dwa nowe słowa: sefardyjczyk, wygnaniec z Sefarad, czyli Hiszpanii, oraz marrano – ten, który w sekrecie pozostaje przy wierze przodków, wyznawca starej wiary (3). To drugie było później używane na określenie zbiegłych niewolników oraz Indian, nie chcących się poddać dominacji zaborców. Te właśnie środowiska marunów (maroones), stanowiły zalążki późniejszych kultów i religii synkretycznych, w których taniec stanowił jedną z form liturgii. Oglądając filmy dokumentujące różnego rodzaju ceremonie widzimy taniec świątynny jako szczególny rodzaj poruszeń i specyficznych kroków, ujętych w precyzyjny kanon, inny dla każdej kultury. Ostatecznie dochodzono do wniosku, że taniec może być medytacją i potrafi się obejść bez muzyki, a kroki mogą być elementem gimnastyki, ćwiczeń lub treningu. Taką możliwość zawierało w sobie tai–ci, podobnie zresztą jak elementy dynamicznej jogi albo pozycje sztuk walki. Pierwowzorem i archaicznym źródłem wyobrażeń o takim tańcu jest słynny, legendarny i mityczny, taniec Sokratesa na pustyni, któremu towarzyszy muzyka sfer. Tak więc, choć odróżniamy muzykę taneczną od tej, przeznaczonej tylko do słuchania, to pamiętamy i o tym, że muzyka stanowić może natchnienie dla poruszeń, a taniec, choć może się bez niej obejść, to przy jej akompaniamencie wydaje się pełniejszy.

Co sądzi pan o tekstach piosenek w muzyce reggae, jaką pełnią w niej rolę?

Nigdy nie słuchałem tekstów w muzyce rege. Może dlatego, że niczego nie rozumiałem z tego, co tam śpiewali. Nie ja jeden zresztą. Nie jestem ekspertem anglistyki, ani tym bardziej specjalistą od dialektów, ale pamiętam, że byli tacy profesjonaliści w Polsce, co gdy pytałem o jakieś słowo zalecali mi hermeneutyczną analizę znaczeń słownikowych, ponieważ pierwszy raz się spotykają z czymś takim, jak nie przymierzając dread
(4). Red–Dread w nazwie Grandfestiwalu Róbrege brzmiało śmiesznie i egzotycznie i nie było nikogo, kto by zastanawiał się nad znaczeniem, przez co ubogaciło język ezoteryczny o całe pole semantyczne, na jakim można było rozpocząć uprawę wizji w sposób konieczny, konkretny, konsekwentny i jedyny, jaki jest do dyspozycji.

Rzeczywistość mówi sama za siebie i przemawia siłą faktu. Językiem, mową i głosem rzeczywistości jest muzyka. Cóż interesować mnie mogły teksty? I tak to trwało, aż do czasu, gdy spotkałem łojoj–ojoj! wyłożone jako trzykroć biada!

Inny powód był taki, że rege w Polsce pojawiło się najpierw w wersji instrumentalnej, co wykonawców automatycznie wpisywało na listę klasyków tradycyjnego jazzu. Był on współczesny tylko dlatego, że żyli jeszcze wtedy kompozytorzy standardów, tworzących kanon. Słuchając jak grają Count Ossie, Ras Michael czy Manu Dibango, wyobrażaliśmy sobie, że muszą być bardzo starzy. Notabene Count Ossie gościł już w zaświatach, a Manu Dibango uczył Trane’a, gdy ten rozpoczynał swoje poszukiwania muzyczne i para–muzyczne. Zapewne miał w planach granie rege, uległ jednak presji psychodelii, której słuchało się wtedy na maksa, od Hendixa do Milesa. I nawet jeśli pojawił się między nimi jakiś song–writer to musiał zniknąć w nawale dźwięków i elektryki. U nas pierwszym poetą śpiewającym swoje wiersze był Stachura, a po nim Świetlicki, choć wielu było amatorów śpiewania poezji tak przedtem jak i potem. Sam też próbowałem śpiewać, ale oczywiście na skutek licznych urazów musiałem zaniechać dalszej kariery wkrótce po opuszczeniu kościelnego chóru w wieku dziecięcym. Gdy teraz myślę o tym, oglądając się wstecz, widzę, że powodem mogły być teksty, których nikt nie potrafił mi przetłumaczyć gdy pytałem co coś znaczy. Mimo całego liberalizmu epoki teksty musiały pozostać w kręgu ezoterii. A że do gnozy nie miałem predestynacji wskutek naturalnego lenistwa, wrodzonych predyspozycji i uwarunkowań genetycznych, nie mogłem ćwiczyć na głos ani w myśli. Raz, że nie było to tym samym, co wspólne śpiewanie, a dwa, że nie wiedziałem, jak intonować poszczególne głoski i sylaby w sposób tak różny od potocznej mowy jak donośnośność głosu od jego timbre’u.

Drugi kierunek, z którego dobiegało rege nie wydawał się być określony. Filmowe przeboje trafiające do dyskotek stanowiły atrakcję chwilową niegodną uwagi. W Londynie top–chart było alternatywą wykonawców, podczas gdy tu mogliśmy wybierać między piosenkami, a celem było umieścić na liście przebojów całą płytę. I znów nie chodziło o tekst, tylko o melodię, zawartą w refrenie, w riffie, w przygrywce, w interludium. Głosy musiały być zbalansowane i w miarę dostojne, a brzmienie całości relaksowe i neutralne.

W świecie za żelazną kurtyną i berlińskim murem, z którego dobiegały ku nam różne wieści, wykorzystywane były możliwości dubu, o którym tutaj krążyły legendy. I tak to trwało aż do czasu, gdy mur i kurtynę zastąpił ekran peceta. Że nie każdemu? Cóż począć... Mentalne karaoke i tu i tam będzie grać tak samo. Ostatecznie po to są duby, żeby sobie poświrować z wokalem. Lecz muszę przyznać, że jakoś tego nie próbowałem. Teraz się czasem kontemplacyjnie przymierzam, ale nic ponadto. Nie jest to bowiem ćwiczenie co raczej zabawa. Biorę tekst wiersza i gadam na tle podkładów z dubów. Nikt nie słucha, nie porównuje, nie ocenia, nie klasyfikuje. Czysta ezoteria, taka sama jak w dawnych wiekach. Pamiętamy z teatru ten etap jego rozpadu, gdy podzielił się na grających i piszących. Miałem to szczęście w nieszczęściu, że trafiłem na ten moment z muzyką, jako propozycją. Przedtem był to teatr bez tekstu, bez poezji, bez muzyki. Teatr surowy i ubogi, jak cała stara szkoła wiedzy i wiary. Teatr–Erem, trwały jak opoka na straży wartości pradawnych, tak starych, jak człowiek. Z konieczności musiał to być teatr awangardowy. Presja dominujących wzorów była taka, że z łatwością ją przekraczał przykładem o równoznacznym i równoważnym znaczeniu.

Pamiętam, że gdy z jakimś składem wtoczyliśmy się na scenę jakiegoś konkursu, wywołało to najpierw konsternację komisji po czym nastąpił rozpad jury, przez co staliśmy się poważnym kandydatem do nagrody wielkiej i głównej. Nagroda jako brama do kariery to dość dziwny światopogląd, każdy przyzna. A jeżeli nie przyzna to niewiele zmienia. Stara szkoła w nowej epoce ma tak wiele różnych wyznań, że trudno opanować biegłość w rozróżnianiu, czy to jest jedno i to samo, czy nie i odwrotnie. W czasach gdy śpiewanie przez poetę wierszy nazywano eksperymentem a teatr nie sięgał po pisma dramaturgów, rege urastało do rangi absurdu. Cała ta mowa bębnów, nagrana kiedyś w Electric Light Studio przez ostatnich poetów, zagubionych w Nowym Jorku, długo jeszcze stanowić będzie źródło niejednej poezji. Mowa, głos i język. I nigdzie nie ma wzmianki o tekstach. Woda na młyn przeciwników epistemologii i wyznawców Wittgensteina. Pamiętając o jego geście jesteśmy w bajce feno–meno–logów, w historii filozofii i w legendzie szkoły, jaką założył wiernym jego nauk naśladowcom i wyznawcom. Lingwistyka, do której wkroczył ze swymi twierdzeniami, rozpadła się jak tafla hologramu na tysiące kawałków. Początek i koniec zdarzyły się w jednym momencie. Potem okazuje się, że momentów takich mamy więcej w zanadrzu. Tak czy inaczej mowa jest o tekstach rege. Próbuję powiedzieć, że kiedyś nie było potrzeby znać je i rozumieć. Więc gdy teraz słucham Dubska i słyszę Rege Musik is Maj Salvejszn, chcąc nie chcąc, bezwolnie i mimowiednie zaczynam słuchać również tekstu, choć zagłusza go i bas i orkiestra i czasem gitara. To, co mi się wydaje, stanowi efekt uboczny każdej realizacji dźwiękowej, opartej na założeniach dubu. Dubska funkcjonowały dawniej jako skład instrumentalny i poniekąd warsztatowy. Grały koncerty i bawiły się muzyką jak przystoi adeptom. Nie dbając o teksty dabowały raga o wiele sprawniej niż cały hip – hop i awangarda, grając czysty acid–jazz. Teraz śpiewają, nie pozostawiając wątpliwości, że chodzi o rege. Bas frazujący Natural Misty zawsze stanowić będzie doskonały wehikuł dla melodii i riffów. A to też klasyka. Nie grają ska ani rock–steady tylko rege taką jaka jest.

Psychodelia wywołała rezonans w sensie takim, że co dawniej było nienormalne, stanowiło ciekawie zastanawiający przypadek. Dowiodła też, że przypadkiem takim jest właściwie każdy, nie każdemu jednak jest doznać terapii i przechodzić te wstępne elementy rozwoju jaźni, oparte na tresurze i warunkowaniu. Czasem lepiej zaniechać rozwoju zainteresowań, żeby nie pogrążyć się w brak sensu i głupotę. Tak czy inaczej nastały czasy nowej fali i performansu. Rola tekstu zmalała do minimum a libretto potrafiło się ograniczać do paru sylab i liter. Bycie librecistą nie jawiło się jako sensowna propozycja. Gdy potem prowadziłem Non Stop roiły mi się wydawnictwa z tekstami rege w scenografii współczesnej. W nowej epoce dla dzisiejszych potrzeb brzmi sensowniej propozycja nawiązywania do konwencjonalnych i tradycyjnych stereotypów i symboli.

Sitzt im Leben to jeden z czterech wyższych duchów, mających we władaniu los świata i dusze ludzi. Niewiara w jego istnienie niewiele zmienia w całej koncepcji. Estetyka jest narzędziem budowania pomostów, choć nie jest filozofią, tylko eklektyką poglądów z różnych dziedzin refleksji. Jedną z takich nowych filozofii, wręcz ontologią nowej epoki jest memetyka. Łączy w sobie mozoł scholastyki z żywym badaniem dzikiej przyrody.

W średniowieczu ma swego patrona memetyka w osobie Mikołaja z Kuzy, któremu udało się uwolnić od średniowiecznego sposobu myślenia. Jego matematyczno przyrodnicze rozważania spajają ległe dawno w gruzach antyczne fundamenty wyobrażeń neoplatoników. Stań się kim jesteś – głosiło jego hasło... zawołanie bojowe,,, sentencja. Coś takiego co pozwala i pomaga skojarzyć słowa z ich autorem. Jak cogito ergo sum Kartezjusza czy ta eis eaton Sokratesa. Dub obywa się bez tego. Czy ma tekst, czy go nie ma, zachowuje potencjał przynależny temu, co poprzedza wszystko to, co później. Bo gdy na koniec słucham Subway tlić się zaczyna opowieść kolejna, na którą teraz nie czas i nie miejsce.


Ze Sławomirem Gołaszewskim rozmawiał: PiotRAS. Tekst opracowała: Izabella.

<<< Przejdź do pierwszej części wywiadu

Przypisy:

1. Prozelita – człowiek, zmieniający wiarę, przyjmujący inne wyznanie, nowonarodzony, a przenośnie – człowiek zjednany dla jakiejś idei, przekonania, stronnictwa. Prozelityzm – żarliwość w nawracaniu.

2. Por. Rajmund Kalicki, Dziennik intymny, Kraków 2ooo, Wydawnictwo Literackie.

3. Por. op.cit. s.34.

4. Słowo związane z wiarą i filozofią Rastafari. Rastafarianizm jako najmłodsza religia świata ma źródła starsze niż Kabałą, Tora i Wedy i opiera się na indywidualnej i osobistej interpretacji Księgi Tabot, przez co w środowiskach ezoterycznych uchodzi za autonomiczny krąg inicjacji, luźno związany z dominującymi interpretacjami. Ryt starej wiedzy i wiary, jaki w sobie zawiera, daleki jest od współczesności tak samo, jak współczesny człowiek od swego pra–przodka. Zadaniem tej filozofii jest przerzucanie mostów ponad kulturowymi różnicami, jakie w jaźni naszych poprzedników poczyniły ogromne spustoszenie, powodując w umyśle białe plamy, owe Tabula Rasa, z jakimi się budzimy w tym świecie i które starają się nam zastąpić rozum, intelekt, inteligencję, wrażliwość, sens i wszystko inne, co wiąże wyobraźnię z możliwością działania i zdolnością animowania obrazów, jakie na niej malujemy pędzlami pamięci.