|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE







Copyright: PiotRAS
|
"Dobrze jest, jak
jest."

Z Tomkiem
Jankowskim (Rass Tomi), liderem jarocińskiej grupy Za Zu Zi, rozmawia PiotRAS.
Tomku, co słychać w
zespole Za Zu Zi?
Cały czas istniejemy, pomimo różnych zawirowań w ostatnim powiedzmy roku. Przede
wszystkim sporo było tzw. przetasowań kadrowych. Ktoś tam wyjechał za granicę,
ktoś inny zaczął śpiewać w kapeli bluesowej czy wreszcie postanowił tworzyć
zupełnie inną muzykę niż reggae. Obecnie mamy ustabilizowany skład 5-cio osobowy
i przygotowany materiał żeby coś z nim zrobić...
Czyli szykuje się nowa płyta?
Chcielibyśmy wejść do studia. W tej chwili szukamy funduszy na to, bo zespół
ostatnio mniej występował. Jak mówiłem wcześniej były te przetasowania kadrowe,
poza tym ja zajęty byłem innym projektem. Mam jednak nadzieję, że rok 2008
będzie dla nas szczęśliwym i w końcu nagramy nowe, choć dla nas już stare,
piosenki.
Pamiętam, że
pierwsze lata
funkcjonowania grupy obfitowały w wiele zaproszeń na festiwale. Graliście na
wszystkich znaczących imprezach w kraju. Dlaczego ostatnio grywaliście tylko w
Jarocinie i jego najbliższych okolicach?
Prawdą jest, że zainteresowanie zespołem zmalało. Scena reggae bardzo się
rozwinęła. Myśmy chyba trochę to przegapili. A może chodzi o coś zupełnie
innego? Nie tak dawno czytałem wypowiedź Brody (Habakuk) o Za Zu Zi w lokalnej
prasie przy okazji ich występu na Jarocin Festiwal. Mówiąc o swoich
skojarzeniach z tym miastem, wspomniał o nas jako o kapeli fajnej, z
potencjałem, ale bez siły przebicia. Tak sobie myślę, że coś w tym jest. Ja
zawsze mówię, że my gramy piosenki, w których słychać elementy reggae. Nie jest
to ani roots, ani modern, ani tym bardziej dancehall, tylko po prostu piosenki.
Czasami wydaje mi się, że lepiej sprawdzamy się na koncertach składankowych,
gdzie są różne gatunki muzyczne, niż na festiwalach stricte reggae’owych. Nie
jest jeszcze jednak aż tak źle, bo np. ostatnio zakwalifikowaliśmy się do
konkursu kapel na festiwalu w Ostródzie, ale niestety w tym terminie mieliśmy
już inne zobowiązania i ostatecznie nie pojawiliśmy się tam. Ale mam nadzieję,
że zgodnie z powiedzeniem: co się odwlecze, to nie uciecze... (śmiech)
Lokalne
występy mają swój urok. W Jarocinie jesteście, można powiedzieć, gwiazdą. Macie
pewnie grono wiernych fanów, może fanklub?
Fan club to może mieć Doda albo Krzysztof Krawczyń (śmiech). A tak poważnie to
kiedyś mieliśmy. Jakieś dziewczyny ze Środy Wlkp. prowadziły, ale później to
upadło. Jak widać my się nie nadajemy na fan club. Co z nas za gwiazdy:) Poważni
panowie mający swoje rodziny, dzieci itd. No może za wyjątkiem perkusisty, bo on
jeszcze młody.
Zostańmy
jeszcze na chwilę w Jarocinie. W tym mieście kontynuujecie reggae'owe tradycje
zapoczątkowane przed laty przez zespół Syjon. Jak to się stało, że muzycy tamtej
grupy zasilili wasze szeregi?
Po roku działalności kapeli marzył nam się saksofon w składzie. Tak się złożyło,
że większość chłopaków miała w szkole podstawowej muzykę z Arkiem, dawnym
wokalistą i saksofonistą Syjonu. Pojechaliśmy do niego z propozycją wspólnego
grania. Na początku odmówił. Rok później, kiedy mieliśmy już na swoim koncie
płytę „Party” spotkaliśmy się jeszcze raz. Zostawiliśmy Arkowi CD. Po krótkim
czasie odezwał się, przyszedł na próbę, no i został w zespole aż do dzisiaj. Raz
też wystąpiliśmy na koncercie pod nazwą Syjon, w składzie poszerzonym o dawnego
gitarzystę, perkusistę i flecistkę Agnieszkę. Kiedy miasto przygotowywało się na
początku 2005 roku do PRL Festiwal spotkałem się z wice burmistrzem na koncercie
Brylewskiego z Lipińskim. On mi wtedy mówił o pomyśle tego festiwalu właśnie i
wspomniał, że specjalnie na tą okazję reaktywuję się jarocińska legenda punka
Acapulco. Ja wtedy pamiętam zażartowałem, że w takim razie to my reaktywujemy
Syjon. Pan burmistrz wziął to na tyle poważnie, że 2 tygodnie później w lokalnej
prasie pojawiła się informacja, że zagra Syjon. Nie było więc innego wyjścia i
trzeba było zagrać hehehe Był to bardzo piękny epizod z naszej karierze.
Spotkały się 2 zespoły, dwa pokolenia, których połączyła muzyka. Próby przed PRL
Festiwal były dla nas czystą przyjemnością, spotkaniem towarzysko-muzycznym. W
tej właśnie kolejności.
Z zawodu
jesteś nauczycielem, pracujesz w szkole. Tam chyba narodził się pomysł na Twój
nowy projekt muzyczny czyli Dzieciuff Squad. Opowiedz o nim.
Przychodząc do szkoły jako
nauczyciel i prowadząc lekcje muzyki, szybko zauważyłem, że znaczna część
repertuaru do śpiewania zawarta w podręcznikach jest nudna, że dzieciaki tego
nie łapią. Ponieważ jeszcze gdzieś tam na studiach próbowałem coś tam pisać
również dla dzieci, postanowiłem spróbować raz jeszcze. Powstała pierwsza
piosenka. Przyniosłem na lekcję i …. szok. Dzieciaki zachwycone. To dało do
myślenia. Ponieważ jestem trochę leniwy, to częstotliwość przynoszenia
autorskich piosenek nie była może zbyt duża, ale zawsze był ten sam efekt.
Podobało się. W między czasie urodził mi się syn, co było jakby kolejnym krokiem
ku temu by wreszcie zebrać ten materiał i go zarejestrować. Wybrałem 8 byłych i
obecnych uczennic, które nieźle śpiewają i tak powstało Dzieciuff Squad.
Niedawno
ukazała się płyta Dzieciuff Squad. Jesteś autorem utworów. Jak pisze się dla
dzieci?
Zupełnie inna bajka niż pisanie np. do Za Zu Zi. Z jednej strony możesz pozwolić
sobie na większy odjazd szczególnie w tekście, z drugiej należy pamiętać, że
dzieci są szczerym odbiorcą i od razu wiesz czy dany utwór przejdzie czy też
nie. Dlatego też musisz do nich podejść bardzo poważnie. Niestety bolączką tego
typu produkcji jest to, że są robione na „jedno kopyto”. Kiepskie teksty i
muzyka z keyboardu. Do tego śpiewa jakiś „chórek szkolny” albo dorośli
wykonawcy. Są oczywiście wyjątki i mam nadzieję, że nam się udało do tego grona
dołączyć. Patrząc na odbiór dzieciaków i recenzje w mediach, to chyba się udało.
Masz już
dalsze plany związane z tą młodą grupą?
Jak mówi stare porzekadło: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wokół zespołu zaczyna
się wszystko fajnie kręcić i mamy ochotę coś z tym zrobić. Przede wszystkim
chcielibyśmy zacząć regularne koncerty. Wprawdzie mamy już za sobą pierwsze
występy sceniczne, ale było to śpiewanie tych piosenek do półplaybacków. Obecnie
mam już skompletowany żywy zespół, w skład którego wchodzi też znaczna część
muzyków z Za Zu Zi. Na dniach zaczynamy próby materiału z płyty i na wiosnę,
najpóźniej latem chciałbym wystartować z „Pokręconym Tournee”. Niedawno też
nagraliśmy nowy utwór dla jednej z najprężniej działających wytwórni płytowych w
Polsce, ale póki co nie chcę zdradzać szczegółów. Jeśli coś z tego wyjdzie to
super, a jeśli nie to nie będziemy się zrażać. I tak jest fajnie.
Wróćmy do Za
Zu Zi. Wasza debiutancka płyta to nie jedyne wydawnictwo płytowe, które
dokumentuje działalność Za Zu Zi. Trafiliście również na składankę „Regg’In’Europ”.
Jak do tego doszło?
Szczerze mówiąc to bardzo prozaicznie. Pewnego dnia dostałem maila od człowieka
z Production Speciales, w którym wyjaśniał ideę całego projektu. Odpisałem mu.
On później poprosił o wysłanie płyty do Francji. Płyta poszła i widocznie się
spodobała, bo po 3 miesiącach przyszła umowa do podpisania. Pół roku później
składanka ujrzała światło dzienne.
I na koniec nie mogę nie
zapytać o jedną rzecz. Ściąłeś dready. Dlaczego?
Chyba każdy w swoim życiu potrzebuje raz na jakiś czas coś zmienić. Widocznie u
mnie przyszła kolej na dready. Zresztą jak śpiewa pewien znany zespół: taka
zmiana to nie zmiana (śmiech). Kto wie, może jeszcze kiedyś do nich powrócę.
Póki co dobrze jest, jak jest.
____________________________________________________
Rozmowa została
przeprowadzona 18 stycznia 2008 roku. Zdjęcia: archiwum zespołu Za Zu Zi.
|