(…) jesteśmy cały czas w drodze
i zobaczymy gdzie ta droga nas prowadzi (…)
Fakty są takie, że Gęsi Zakręt
powstał na bazie naszych przekonań, zamysłów, idei, poczucia estetyki, no i,
rzecz jasna, wedle możliwości. Lubimy nasz dom i dobrze nam w nim. Bo kto by
chciał mieszkać na końcu wszechświata, wokół wilków, niedźwiedzi, rowerzystów,
artystów i innych leśnych stworów, gdyby tego nie lubił. Dodam również, że ludzi
też lubimy, dlatego... cóż... Zapraszamy. Ania i Paweł
www.gesizakret.pl
O muzyce, górach i zakrętach w
życiu, z pomysłodawcą najmniejszych koncertów reggae w Polsce rozmawia PiotRAS.
Gęsi Zakręt to nie tylko agroturystyka, to również najmniejsza sala
koncertowa na polskiej scenie reggae. Jakie zespoły wystąpiły u was i skąd ten
pomysł żeby właśnie tu te koncerty się odbywały?
Sami słuchamy muzyki reggae, a
ponieważ mamy małe dzieci to nie mogliśmy za bardzo chodzić na koncerty, więc
stwierdziliśmy, że trzeba je zacząć robić w domu. A poza tym chodziło o to, żeby
zacząć coś robić tutaj, żeby coś się działo. Do tej pory udało się zaprosić
takie zespoły jak: Jafia Namuel, Indios Bravos, Abradaba z Gutkiem, również
Vavamuffin.
Zadwórze to bardzo mała miejscowość, kto przychodzi na te koncerty?
Przychodzą nasi znajomi. Bo,
pomimo, że bardzo krótko tu mieszkamy, to udało się poznać z paroma osobami.
Mamy tu już swoich przyjaciół, przychodzi nawet kilka osób z samego Zadwórza,
ale jednak głównie przyjeżdżają ludzie z Ustrzyk, które są 6 km stąd. Potrafią
przyjechać też ludzie z miasta, z którego się przenieśliśmy, czyli z Warszawy.
Pokonują te 500 km po to tylko, żeby zobaczyć koncert tutaj. Mieliśmy taki
przypadek, że dziewczyna specjalnie przyjechała na Indios Bravos ze Szwajcarii,
bo wiedziała, że u nas to będzie coś zupełnie innego.
Jak zespoły reagują na taką inną atmosferę koncertową?
Mogę mówić tylko o swoich
odczuciach. Mam wrażenie, że jest inaczej, jest świetnie, bo za każdym razem
zespoły po koncercie zostają. Nie ma takiej sytuacji jak na normalnym koncercie,
że po wszystkim zespoły zwijają się i nie można dostać autografu. Tutaj artyści
zostają, każda z osób będących na koncercie może podejść, porozmawiać.
Oczywiście nie wiem jak będzie w przyszłości, do tej pory było właśnie tak.
Wiem, że marzy ci się akustyczna
wersja koncertów.
No tak, bo to byłoby znowu coś
nowego, po czterech koncertach w tradycyjnej formie. Już ziarenko zostało
zasiane i myślę o tym. Natomiast nie jest to takie łatwe, bo nie każdy zespół
musi czuć taką formę i ja się na żaden zespół za to nie obrażę. My próbujemy
cały czas i negocjujemy.
Jeśli jakiś zespół ma ochotę, może się zgłosić?
Jasne! Natomiast też jest tak, że
staramy się żeby to były zespoły, z którymi się utożsamiamy. Nie zamykamy się
wyłącznie na reggae aczkolwiek tak jakoś się dzieje, że to głównie jest reggae,
natomiast grają zespoły, których też sami chętnie słuchamy, które coś dla nas
znaczą.
Reggae przewija się nie tylko na koncertach, ale w wielu innych płaszczyznach
działalności Gęsiego Zakrętu. Masz gęsi w barwy reggae na samochodzie, Indios
Bravos gra w tle strony internetowej.
Przede wszystkim wielkie dzięki dla
Indios Bravos za możliwość wykorzystania ich muzyki na stronie.
Prawda jest taka, że to reggae to jest jak w tekście „reggae jest w sercu mym”.
Słucham różnej muzyki, natomiast reggae jest muzyką, która najbardziej na mnie i
na Anię działa. Jest to muzyka, która w znacznym stopniu przyczyniła się do
tego, że tu jesteśmy, że się przenieśliśmy z Warszawy. Zmieniło się nasze
myślenie – nie tracić czasu, robić to, co się lubi.
To trochę jak wyrwanie z Babilonu i powrót do swojej ziemi obiecanej.
Nie wiem sam jak do tego podejść.
Czy ziemia obiecana? Mam nadzieję, bo ja patrzę na to tak, że my jesteśmy cały
czas w drodze i zobaczymy gdzie ta droga nas prowadzi, na pewno jest mi tu
lepiej. Tu jest mi czyściej.
Jak trafiłeś w Bieszczady?
Jeździliśmy po różnych zakątkach
Polski motocyklem i kiedyś kolega zaproponował żebyśmy przyjechali w Bieszczady,
bo są tu wspaniałe zakręty. Banalne, ale tak tu trafiliśmy. Kręciliśmy się po
Bieszczadach, gdzieś to w nas zostało i nagle coś poczułem do tego miejsca i
zaczęliśmy szukać i próbować coś tutaj robić.
A dlaczego „gęsi”?
Zawsze jak opowiadam tą historię
ludzie oczekują czegoś innego. Liczą na to, że gęsi jak odlatują to tu
zawracają, albo, że gdzieś tutaj gęsi hodowano. Prawda jest taka, że gęś to jest
moja ksywka, a tak naprawdę Ganso. Trenowałem i trenuję Capoeirę, prowadzę grupę
w Ustrzykach. W capoeirze jest tak, że jak zdobywa się pierwszy stopień dostaje
się ksywkę. Moja brzmi Ganso, czyli gęś. Natomiast zakręt to jest ten na drodze,
ten w życiu i ten w głowie.
Ty zasmakowałeś trochę wolności w Bieszczadach również goście Gęsiego Zakrętu
takiej wolności trochę zasmakują, bo tu nie ma czysto hotelowej atmosfery.
No nie, zdecydowanie. My uciekamy
od takiej formy. Zdarza się, że goście oczekują od nas czegoś takiego, ale u nas
to jest forma luźna zupełnie, chciałbym żeby to było miejsce gdzie ludzie czują
się jak u siebie w domu, nie muszą udawać, mają być sobą i cieszyć się z tego,
że spędzają urlop.