|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE







Copyright: PiotRAS
|
"Muzykę traktuję jak
święto"
Z Janem Erszkowskim, współtwórcą Galago, rozmawia PiotRAS.
Razem z bratem gracie reggae od ponad 30 lat! Jak wyglądało wasze spotkanie z
tą muzyką?
Tak naprawdę nasze muzyczne
doświadczenia, wyrastają z bluesa. Graliśmy go do połowy lat 70-tych, do chwili
gdy zetknęliśmy się z reggae. Wtedy nie wiedzieliśmy jednak, że to w ogóle jest
reggae. Tak mało było w tamtym okresie nagrań, których można było posłuchać.
Pamiętam, jak pewnego dnia, siedząc w pralni i grając na perkusji własnej
roboty, usłyszałem marleyowskie ,,No woman no cry" w wersji granej przez
gitarzystę Jeffa Becka i klawiszowca Iana Hamera. Usiłowałem wówczas rozgryźć
ten bit, w czasie trwania radiowej emisji. Nie udało mi się, nie zdążyłem, ale
bit pozostał we mnie. Później muzykę reggae zaczął grywać w swoich audycjach
Włodek Kleszcz i wtedy odkryliśmy, że to ten puls, który najbardziej nam
odpowiada.
Kiedy więc sami zagraliście reggae?
Pierwszych rejestracji
zaczęliśmy dokonywać w okolicy 1975 roku. Był to czas mojej edukacji, w połowie
szkoły średniej i połowie studiów mojego brata. Te pierwsze próby były jeszcze
mocno przesiąknięte bluesem. Z perspektywy czasu oceniłbym je jako chęć grania
reggae z wielką ilością naleciałości bluesowych. Ale to miało swój oryginalny,
własny charakter.
W waszej biografii można znaleźć informacje o wielu sesjach nagraniowych,
a przede wszystkim bogatej dyskografii, której tak naprawdę nie wydaliście.
Dlaczego?
Nigdy nie nagrywaliśmy
niczego z myślą o tym, że będzie to wydane. Naszą muzykę rejestrowaliśmy z
potrzeby serca. Po prostu przychodził taki moment, w którym nagromadził się
materiał i uznawaliśmy, że trzeba te pomysły muzyczne zarejestrować, żeby nie
uległy zapomnieniu. To taki rodzaj rejestracji czasu, w którym się było. A muszę
przyznać, że pomysły mnożyły nam się szybko.
Nie żal, że nagrania trafiły do szuflady, a nie ukazały się na płytach?
Nigdy tego nie żałowałem,
nie myślałem wtedy o tym. Ważniejszym było dla nas przeżywanie tego krótkiego
okresu trwania sesji. To było najważniejsze. Te momenty z dystansu, mógłbym
określić rodzajem swoistej ,,medytacji". Dopiero w latach 90-tych nasz
przyjaciel i wydawca, szef Folk Time - Sławek Król, namówił nas do wydania
kasety, która była składanką nagrań dokonanych na dwóch magnetofonach
kasetowych, na przestrzeni lat 1990 - 1993. Następna próba wydania autorskiego
materiału Galago, miała miejsce w roku 2000 i spełzła na niczym. Była to płyta
,,O Gosz". W rezultacie płyta nie została wydana, ale na wydanie wciąż czeka...
Wiele jest opowieści, dotyczących sposobu dokonywania nagrań w waszym domowym
studio. Ponoć niektóre instrumenty były nagrywane w... szafie. To prawda?
Pobyty w szafie są
rzeczywiście faktem. Szafa w pewnym okresie stała się nieodłącznym elementem
naszego studia. Dysponowaliśmy wówczas zdezelowanym magnetofonem szpulowym i
jednym mikrofonem. Do tego pokój nie dawał nam możliwości zbudowania przestrzeni
i wtedy wyrzucaliśmy z szafy wszystkie ubrania i tam zamykałem mojego brata.
Siedział tam na małym krzesełku, z gitarą akustyczną i grał. Chyba jeszcze
bardziej oryginalnym rozwiązaniem, był sposób uzyskiwania efektu pogłosu na
wokalu. Do tego celu, używaliśmy rury od odkurzacza. Śpiewaliśmy przez tę rurę,
podczas gdy z drugiej jej strony przystawiony był mikrofon.
Dzięki takim zabiegom nagrania mają niespotykane brzmienie.
Czy to jest brzmienie...? To
mocno powiedziane. Chyba raczej można by to określić powiedzeniem: ,,Tak jest
dobrze i lepiej nie będzie". Tak brzmiała rura od odkurzacza, ale przyznaję, że
rzeczywiście nie spotkałem się z przypadkiem, żeby ktoś takie brzmienie uzyskał.
Rarytasem w latach 90-tych była kaseta firmowana jako ,,Rocka's Delight". Co
ciekawe została nagrana już po zakończeniu działalności grupy.
Ostatnim koncertem zespołu
Rocka's Delight w tym składzie, był koncert ,,Solidarity anti Apartheid" w
Gdańsku, w roku 1989. Po nim zaprzestaliśmy działalności. Jednak w momencie
rozstania, zaproponowaliśmy Grey-owi Andrew Shereni, który był w tym składzie
wokalistą, zarejestrowanie utworów, nad którymi wspólnie pracowaliśmy ładnych
parę lat i wspólnie uznaliśmy, że szkoda byłoby, gdyby nic po tej współpracy nie
pozostało. Dodatkową motywację stanowił fakt, że dochód z kasety, przeznaczony
został na domy dziecka. I tak doszło do rejestracji tych nagrań, co odbyło się w
naszym pokoju, przy udziale nas trzech. To również nie były warunki
profesjonalne, natomiast szafa nie brała już udziału w tym przedsięwzięciu.
Po ,,Rocka's Delight" przyszedł czas na Galago.
Żeby rozwiać wszelkie
wątpliwości i niedopowiedzenia. Galago, to projekt czysto studyjny, autorski. To
Michał i Jan Erszkowscy. Wszystko co firmowane jest jedynie samą nazwa ,,Galago",
jest tworzone przez dwie osoby, ewentualnie zaproszonych do poszczególnych
nagrań gości. Odrębną sferą działalności jest nasz udział w formacjach
koncertujących. Ich historia przedstawia się mniej więcej tak: pierwszy zespół,
to ,,International Roots Reggae", z nigeryjskim wokalistą Larry-m Okay Ugwu, z
którym z przerwami współpracowaliśmy jeszcze do niedawna. Następnie Rocka's
Delight. Potem ponownie na naszej drodze pojawił się Larry. Powstała formacja „Sun's
Vibration”. Kolejna to ,,Galago Band", następnie pierwsze spotkanie z Patrykiem
,,Ras Paddy" Agajimah, czyli Galago Band & Ras Paddy, po którym to nastąpiła
kilkuletnia przerwa. Przerwę tą wypełniliśmy udziałem w „Dreadless Lions”, żeby
ponownie wskrzesić ,,Galago Band & Ras Paddy", w której gramy dziś.
Ukazała się właśnie wasza płyta ,,Er" wydana przez Kamahuk. Nie jest to żadne
wznowienie, ani nowość, tylko składanka.
To jest pomysł autorski
Włodka Kleszcza. Cała kompozycja płyty, dobór utworów i ich kolejność, jest jego
pomysłem. Jego koncepcją i zamiarem było przedstawienie Galago jako zjawiska.
Powstała więc składanka z dwóch niezależnych od siebie wydawnictw. Część utworów
pochodzi z płyty ,,O Gosz", a część z nagranej dwa lata później, w ramach pewnego
,,odreagowania", płyty ,,Głupciumdzieje", która jest zbiorem krótkich opowiadań
o różnych aspektach, otaczającej nas rzeczywistości, widzianych oczami Galago.
Jest to taki rodzaj opowieści o współczesnym Babilonie. W każdym razie Włodek te
nagrania wymieszał i wydał płytę ,,Er".
Płyta ma świetną okładkę, która nieco przypomina okładkę kasety Rocka's
Delight. Takich artystycznych okładek macie zresztą w kolekcji dużo więcej.
Zawsze kiedy nagrywaliśmy
kolejny materiał, mój brat tworzył do niego okładki. Stąd ten wspólny charakter.
Po digitalizacji wszystkich nagrań, okazało się, że uzbierało się tego 22 płyty!
Jedne zawierają 12, inne 24 utwory. Są to jednak rejestracje osobnych sesji,
więc traktujemy je jako osobne płyty. Przy okazji digitalizacji tych nagrań,
zreprodukowałem także wszystkie powstałe wówczas okładki kaset, współcześnie
dorobiłem do nich strony tylne. Tak powstała kolekcja, która nabrała - nazwijmy
to - profesjonalnego wyglądu.
Galago powróciło nie tylko na płycie, ale i także do życia koncertowego. To
powrót na dłużej, czy tylko okazjonalne koncertowanie?
My nigdy nie pałaliśmy
wielką żądzą grania koncertów. Wychodziliśmy z założenia, że dopóki nie mamy nic
do powiedzenia, to nie mówimy. W momencie, kiedy mamy już stworzony w domowym
zaciszu materiał, który w naszym przekonaniu, wart jest pokazania, pokazujemy
go. Dla nas jest to najlepsze wyjście. To specyficzne, ale przypuszczam, że
gdybyśmy mieli grywać setki koncertów, groziłoby to produkcją, a nie
twórczością. Osobiście, gdybym miał grać 100 koncertów rocznie, to chyba
wolałbym iść do fabryki i przykręcać śruby. Muzykę traktuję jak święto.
Oczywiście nie oznacza to, że nie będziemy obecni. Planujemy w najbliższym
czasie, także latem, granie koncertów. Nie są to jednak jakieś dalekosiężne
plany. Zawsze staraliśmy się, sami wybierać miejsce i czas. To daje nam też i
ten komfort, że gramy co chcemy, jak chcemy i kiedy chcemy.
Co teraz gracie na koncertach?
Nasze utwory oparte są na
przekazie tekstów Patryka, który podchodzi do tego niezwykle poważnie i bardzo
mocno angażuje się w formę tego przekazu. My natomiast staramy się, żeby było to
osadzone na mocnym, spójnym i surowym w swoim wyrazie bicie, z wyrazistymi i
prostymi riffami melodii, tak żeby całość miała jednorodny charakter. To jest
nam w tej chwili najbliższe. Rolę, nie bez znaczenia w tym projekcie, odgrywa
też dub, tworzony na żywo. Wydaje mi się, że w całym bloku, projekt ma dość
poważny charakter. Mówiąc poważny, mam na myśli nie tylko przesłanie, ale także
sposób jego wypowiadania. W moim odczuciu, przybrało to formę, nie piosenek, a
pieśni. Całość muzyki jest wypadkową wielu lat wspólnych doświadczeń wszystkich
muzyków uczestniczących w projekcie ,,Galago Band & Ras Paddy". Jest to zespół
ludzi, których nie łączy to, że spotkali się i po zastanowieniu, doszli do
wniosku, że teraz będą grali reggae. Prawda jest taka, że niezależnie od tego
jak długo gramy, czy jak długo się znamy, to jak pamiętam, zawsze graliśmy
reggae. W tym kontekście mógłbym powiedzieć, że to są nasze wspólne korzenie.
Ale czy można powiedzieć, że gracie roots reggae?
Czy to jest roots reggae?
Myślę, że to subiektywne odczucie. Na przestrzeni lat, słyszałem setki opinii,
czym jest ,,roots", do czego się odwołuje, kto je gra, a kto nie, itd. Myślę, że
przykładanie do tego jakichś ram, czy szablonów, powoduje tylko ograniczanie
sobie, a nie muzyce, całej gamy barw i bogactwa, zawartych w naturze twórczości.
Nikt na szczęście, jak do tej pory nie opatentował, „jedynej słusznej” drogi,
dla podążających drogą wolności. To absurdalne. Tak samo można by zadać pytanie:
,,Czy polscy górale, grający swoją muzykę ludową, to roots, czy nie roots".
Jeżeli mówimy o ,,roots reggae", to w moim pojęciu, nie ograniczałbym tego, czy
to do treści przekazu, czy do podziału rytmicznego granej muzyki. Tak jak o
,,Babilonie", można opowiadać na różne sposoby i różnymi słowami, tak jak w
różny sposób, można odwoływać się do przesłania Starego Testamentu, tak samo
różnie można budować pulsację. Jeżeli za niezaprzeczalne, można uznać, że
sztandarowa postacią nurtu ,,roots reggae", jest Bob Marley, to w warstwie
muzycznej, różnica jaka występuje między nim a Burning Spearem jest kolosalna.
Nikt nie odmówi też przynależności do tego nurtu, takim artystom jak: Culture,
Black Uhuru, Israel Vibration, Twinkle Brothers, czy Misty in Roots i wielu,
wielu innych. To cała paleta muzycznych barw. Dla mnie, chyba jedyną cechą
wspólną, jaka pojawia się u wszystkich artystów grających roots reggae, jest
sposób pulsacji i sposób myślenia w jej budowaniu, którego nie spotyka się w
żadnym innym gatunku muzyki. Mówię o zjawisku, gdzie rytm, sposób zawiązywania
się wymiany miedzy uderzeniem stopy, gitary rytmicznej i werbla sprawia, że
każde kolejne uderzenie nie jest powieleniem poprzednich, a staje się nową
historią. Rytm przestaje być akompaniamentem, a staje się harmonią. Harmonią
rytmu.
____________________________________________________
Rozmowa została
przeprowadzona 26 stycznia 2008 roku podczas Afryka Reggae Festival w Toruniu.
Tekst autoryzowany. Zdjęcia: Izabella.
>>>>
Kliknij, by dowiedzieć się więcej o zespole
Galago
|