- - - - - - - - - - - - -
RRR.COM.PL

Strona Główna
Reggae Newsy
Koncerty
Fotorelacje
Recenzje
Forum RRR

- - - - - - - - - - - - -

ARTYŚCI
Polska
Świat

- - - - - - - - - - - - -

ENCYKLOPEDIA
Reggae Słownik
Reggae Rastafari
Bob Marley
Dready
Jamajka
Etiopia
Bębny
Czytelnia

- - - - - - - - - - - - -
SERWIS
Nasze Patronaty
Youtube RRR
Redakcja RRR
Napisz do nas
Reklama
Polecane Strony

- - - - - - - - - - - - -

RRR.COM.PL
Copyright:
PiotRAS & Izabella

 

PUNKY REGGAE PARTY WG DONA LETTSA

Niedawno gościł w Polsce na zaproszenie organizatorów Ostróda Reggae Festival legendarny Don Letts – człowiek uważany za ojca chrzestnego połączenia punk rocka i reggae, przyjaciel i mentor największych gwiazd obu gatunków, dziennikarz muzyczny i filmowiec – dokumentalista, autor wideoklipów dla takich artystów, jak The Clash, Bob Marley, czy Elvis Costello. Polskiej publiczności opowiadał, jak zaczął się ten dziwny i twórczy proces. Oto wierny zapis ciekawej, prowadzonej przez Makena, dyskusji, w którą szybko przerodziło się spotkanie z tym niezwykłym człowiekiem.


Opowiedz, jak doszło do pierwszej twojej podróży na Jamajkę z Johny Rottenem z Sex Pistols.
Kiedy „Pistolsi” się rozpadli, Johny Rotten (lider Sex Pistols – przyp. red.) szukał ucieczki od paparazzich, którzy nie dawali mu żyć. Miał plany, żeby założyć tam wytwórnię płytową. W tym czasie byłem jego jedynym czarnym przyjacielem, więc gdy narodził się pomysł wyjechania na Jamajkę, Johny Rotten powiedział: „Don, ty jesteś czarny, więc na pewno znasz Jamajkę, musisz pojechać ze mną”. Prawda była taka, że ja nigdy nie byłem wcześniej na Jamajce, ale się zgodziłem. Wszystko, co miałem wspólnego z Jamajką, to muzyka, której już wtedy słuchałem i film „Harder they come”, który wtedy oglądałem. Wyszło tak, że moją pierwszą podróż na Jamajkę odbyłem z Johny Rottenem - i to nie jako słynnym punkowcem, tylko bogatym człowiekiem z Anglii, który przyjechał tam założyć wytwórnię płytową. Ta wiadomość wywołała na Jamajce poruszenie, jakby ludzie przekazywali ją sobie, grając na bębnach: uwaga, jest facet z dużymi pieniędzmi i można na tym skorzystać. Przez następne cztery tygodnie przeżywaliśmy prawdziwy exodus. Chyba każdy szanujący się jamajski artysta był u nas w pokoju i chciał ubić z nami interes. Tak więc spędziłem cztery tygodnie w otoczeniu moich reggaowych bohaterów – z wyjątkiem Boba Marleya, bo on miał już kontrakt (śmiech).
To była najbardziej zadziwiająca podróż w moim życiu. Ktoś zaproponował nam nawet zrobienie utworów Sex Pistols w wersji reggae. Usiedliśmy pewnego razu z Lee „Scratch” Perrym w studiu, a jamajscy muzycy grali „God Save the Queen”. To było straszne, bo chodziło o pieniądze, a nie o muzykę. Od tamtej pory byłem na Jamajce wiele razy, zrobiłem tam wiele filmów, clipów, wliczając mój najsłynniejszy film „Dancehall Queen”, z którego jestem bardzo dumny.

A jak poznałeś się z Bobem Marleyem? Jak doszło do pierwszego „punky-reggae party”?
W 1975 i 76 roku Bob Marley, po tym jak został postrzelony na Jamajce, mieszkał w Londynie. To był czas pierwszej, najprawdziwszej eksplozji punk rocka. Któregoś razu poszedłem na koncert Boba Marleya do Hammersmith Odeon. Tak mi się spodobało, że po koncercie wsiadłem do samochodu i pojechałem za jego autobusem do hotelu. Z całą załogą starych rastamanów znalazłem się w pokoju hotelowym Boba. Usiadłem sobie w kąciku z moją małą torebką ganji, a Bob siedział w tym czasie ze starymi rastamanami i palił wielkie spliffy. W pewnej chwili, gdy wypalili już wszystko, co było w pokoju, zobaczył mnie i zawołał do siebie. Usiedliśmy razem, a potem paliliśmy moją ganję aż wstało słońce. Szczerze mówić, od tamtej pory sprzedawałem mu ganję.
Pewnego razu przyszedłem do jego londyńskiego mieszkania i miałem na sobie punkowe spodnie z zamkami na nogawkach. Bob mnie zobaczył i rzekł: „Don Letts, wyglądasz jak jakiś wstrętny punkowiec, co to ma w ogóle być?”. Punk rock dopiero się rodził i nie był jeszcze popularny, więc media ujeżdżały sobie na nim, jak tylko chciały. Marley czytał wtedy prasę lokalną w Londynie i miał o punk rocku jak najgorsze zdanie. Ale ja mu wtedy powiedziałem: „nie Bob, mylisz się, to są ciekawi ludzie, którzy mają coś do powiedzenia”. Bob upierał się przy swoim zdaniu, ja przy swoim, aż w końcu Bob wywalił mnie z pokoju. A po trzech miesiącach napisał słynne „Punky reggae party”, które zapoczątkowało zupełnie nową sytuację, w której te dwa gatunki zaczęły czerpać z siebie inspirację. Myślę, że trochę się do tego przyłożyłem i jestem z siebie z tego powodu bardzo dumny. W pewnym sensie sam jestem produktem „Punky reggae party”, ponieważ kombinacja tych dwóch stylów ukształtowała mnie takim, jakim jestem teraz. Innym znowu razem zabrałem Boba Marleya i moją dziewczynę na Notting Hill Carnival. Bob poprosił mnie, żebym zorganizował dla niego trochę ganji. Gdy wróciłem, Bob już ściskał moją dziewczynę. Tak, Bob Marley kochał kobiety.

Czy twoim zdaniem reggae jest dziś jeszcze wciąż muzyką buntu, rebelii, jak to było na początku?
Reggae rzeczywiście była na początku muzyką rebeliantów i miała swój wyraźny społeczny kontekst. Teraz jest inaczej, ale to nie jest tylko problem muzyki reggae. Dziś większość muzyki mówi o nowych butach, samochodach, dziewczynach. Muzyka powstająca na Zachodzie to jakby ścieżka filmowa do opowieści o konsumpcyjnym stylu życia.

Dlaczego muzyka Boba Marleya przetrwała i do tej pory inspiruje kolejne pokolenia ludzi na całym świecie.
Bob Marley kochał ludzi, a oni kochali jego. Był zawsze otwarty na nowe kierunki, doznania, wpływy, na mieszanie się różnych kultur. On nie tylko komponował i grał muzykę, ale również słuchał bardzo dużo bardzo różnorodnej muzyki; od Johna Coltrane’a, Curtisa Mayfielda, po The Beatles. Dziś niemal cała muzyka pochodząca z Jamajki to jakieś nieudolne kopie z MTV. 80 % muzyki z Jamajki kompletnie mi się nie podoba. Nie ma w niej linii basu, a teksty to prawdziwa masakra: seksizm, homofonia, przemoc. Owszem, ta tematyka zawsze była na Jamajce, ale nie w takiej proporcji, jak teraz. Na każdego Yellowmana przydał Bunny Wailler, Burning Spear i wielu im podobnych. Dziś tego zabrakło.

Innym bardzo ważnym dla ciebie zespołem byli The Clash. Jak się poznaliście?
Moja znajomość z The Clash to jedno z najważniejszych doświadczeń w moim życiu. Znacie piosenkę „White Man in Hammersmith Palais”? Pewnego razu zabrałem Joe Strummera (lidera The Cash – przyp. red.) na koncert reggae do Hammersmith Palais i ta piosenka jest właśnie o tym wieczorze. To ja zrobiłem dla nich ich pierwsze wideo, a gdy stali się naprawdę sławni - nie zapomnieli o mnie. Byli sławni, bogaci, mogli zatrudnić każdego reżysera na świecie, ale oni woleli zostać ze mną, bo razem zaczynaliśmy. Od tamtej pory robiłem prawie wszystkie ich wideoclipy.

Jak to się stało, że dwa tak różne muzyczne światy, jak punk i reggae, jednak tak bardzo się do siebie zbliżyły?
Siła tego nowego zjawiska „punky – reggae” wynikała z połączenia dwóch odmiennych kultur i wynikająca z tego wzajemna próba zrozumienia tych różnic. Tak naprawdę, zaczęło się przez przypadek. Kiedy otwarto „Roxy”, pierwszy w Londynie klub punkowy, okazało się, że nie ma płyt z punkową muzyką do grania między koncertami. Szczęśliwie dla mnie, grałem wtedy w tym klubie, i to ulubione wtedy przeze mnie dźwięki dub reggae. Okazało się, że punkowcom to się spodobało. Najbardziej to, że były to również piosenki przeciwko systemowi, establishmentowi, że miały mocny społeczny przekaz. Podobała im się mocno zarysowana linia basu oraz – nie możemy o tym zapomnieć – ganja towarzysząca tej muzyce. Prawda jest taka, że wiele z tych pierwszych punkowych kapel grało po prostu okropnie, więc puszczane przeze mnie w przerwach między punkowymi koncertami dźwięki reggae dawały szansę posłuchania przyzwoitej muzyki. W konsekwencji wielu punkowców zaczęło słuchać reggae i tak powstał styl reprezentowany później przez The Clash, Aswad, P.I.L – Public Image Limited i wielu innych.

Jak wygląda dziś scena sound systemowa i heavy dub w Londynie?
Oczywiście, kultura sound systemowa rozpoczęła się na Jamajce. Kiedy odkryliśmy ją w Wielkiej Brytanii, byliśmy zdesperowani, aby odnaleźć własną drogę do niej. Obecnie łatwo powiedzieć: „jestem czarnym Brytyjczykiem”. W połowie lat 70. była to raczej kłopotliwa sytuacja. Tak więc czarni w Anglii zaczęli szybko przyswajać tę jamajską muzykę, jako własną. Wynikało to poniekąd z konieczności, bo w latach 70. czarni nie mieli jeszcze wstępu do klubów dla białych. Dlatego w tym czasie jedynymi białymi, którzy chodzili na koncerty sound systemów, byli przyprowadzeni przeze mnie punkowcy. Dziś, jeśli pójdziesz obejrzeć choćby Jah Shakę – najsłynniejszy brytyjski sound system – to zobaczysz wszystkie możliwe barwy skóry i narodowości. Sound systemy rozpoczęły się, jako muzyka czarnych i dla czarnych, ale z czasem zawładnęły wyobraźnią twórczą różnych nacji na całym świecie. Dziś fantastyczne sound systemy są na przykład w Japonii. Paradoksalnie, na Jamajce prawie nikt już nie gra dubu. Z wyspy dostaję może jeden ciekawy numer rocznie.

Jak oceniasz dzisiejszy potencjał muzyki punkowej?
Problem w tym, że ludziom wciąż wydaje się, że punk rock to tylko głośne gitary, ćwieki, plucie ze sceny i hałas. To nieprawda. Nigdy tak nie było, bo punk zawsze związany był z indywidualnością, kreatywnością. Może dlatego muzyka reggae to dla mnie taki jamajski punk rock, a hip hop to z kolei amerykańska wersja punk rocka. Obydwa te gatunki wyrosły w podobnym klimacie społecznym i ekonomicznym tamtych czasów. Dziś bardzo trudne jest być radykalnym w muzyce. W XXI wieku młodzi ludzie tworzą swoje nowe wartości i to jest dla mnie punk rock – coś więcej niż tylko muzyka. Ważne żeby młodzi ludzie zrozumieli, że punk rock to nie jest ta brzydka rzecz, która zaczęła się i skończyła w latach 70. Punk wykształcił swój styl, swoją tradycję, dlatego że istniał na długo przed samą muzyką. I nadal ma przyszłość, jeżeli młodzi ludzie będą mieli wystarczająco energii i dobrych pomysłów.

A jak skomentowałbyś w takim razie słowa Malcolma McLarena – legendarnego menadżera Sex Pistols, który na kilka miesięcy przed swoją śmiercią powiedział, że punk rock to był tylko specjalnie wymyślonym żartem, fikcją, „rockandrollowym oszustwem”, żeby zarobić trochę kasy i wyrwać parę dziewczyn?
Malcolm zawsze starał się być kontrowersyjny i uwielbiał prowokację. Niezależnie, co o tym myślał, punk rock dał początek Malcolma Mc Larena. Wtedy wszystko było OK. Kiedy jednak punk stał się większy od niego i już go dłużej nie potrzebował, wtedy stał się dla niego bzdurą, czymś niepotrzebnym, bezwartościowym. Gdyby Malcolm nadal mógł sprawować kontrolę nad punk rockiem, nigdy by tak nie powiedział. Punk rock jest jak drabina: zaczynasz od zera i wspinasz się po niej, tyle tylko, że niektórzy zostają tam, gdzie zaczęli.

Jakie są twoim zdaniem najbardziej wartościowe przykłady „punky – reggae party” zapoczątkowanego przez Boba Marleya?
Można by tu podać wiele przykładów. Najbardziej jestem związany z produkcjami The Clash. Bardzo cenię sobie też dokonania Bad Brains. Mówiąc o punky – reggae party najczęściej podkreślamy to, co zyskała na tym związku kultura białych ludzi. Czarni mieli z tego związku dwie sprawy: jedna to udział w międzynarodowym, międzykulturowym przedsięwzięciu, a druga to Bad Brains. Ten zespół zainspirował dalej całe pokłady muzyków, którzy tworzyli potem nowe gatunki, jak choćby Beastie Boys czy Public Enemy. Hip hop był na początku w Ameryce dla czarnych tym, czym punk rock dla białych w Anglii 25 lat wcześniej. Dziś tak już nie jest. Dziś to już nie jest hip hop, tylko hip pop (śmiech).

Dlaczego zacząłeś robić filmy dokumentalne?
Miałem tylko jedną inspirację: punk rock. Byłem zafascynowany ideą połączenia rozrywki i edukacji. Chodziły mi po głowie pomysły wykorzystania filmu, ale nie znałem nikogo z tego biznesu i nie wiedziałem, jak się tam wkręcić. I wtedy pojawił się punk rock ze swoją ideą D.I.Y. – Do It Yourself, czyli zrób to samodzielnie. Wszyscy moi przyjaciele brali w ręce gitary i zaczynali grać. Ja, niestety, nie umiem, do dziś zresztą, grać na żadnym instrumencie, a nie chciałem stać z boku, więc wziąłem do ręki kamerę filmową. W ten sposób odkryłem siebie na nowo, jako filmowca. Wydaje mi się, że jednym z powodów, dla których ludzie wciąż są zainspirowani punk rockiem, jest fakt, że to nie tylko muzyka, ale to subkultura inspirująca reżyserów, pisarzy, itp.

Czy narodzi się nowy gatunek, który zrewolucjonizuje muzykę tak, jak kiedyś punk rock?
Mamy nowe czasy, nowe możliwości. W erze cyfrowego świata możliwości są praktycznie nieograniczone. Nie wiem, kiedy i co się zmieni, ale wiem, że w przyszłości wszystkie interesujące pomysły będą pochodziły od amatorów, ludzi na swój sposób naiwnych, czystych duchowo. No, i z krajów, w których nie ma MTV (śmiech).
Prawdziwy problem leży jednak gdzie indziej. 25, 30 lat temu było łatwo obwiniać o wszystko system, rząd, itp. Dziś młodzi ludzie są zbyt wygodni. Mając do wyboru: podjęcie problemu czy ucieczkę od niego, wybierają ucieczkę. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Anglii czy Ameryce mamy wielki problem z tym, że młodzi ludzie nie chcą zmierzyć się z otaczającą ich rzeczywistością. Dlatego w Anglii jest tak, jakby punkrockowej rewolucji nigdy nie było. Wciąż mamy te same problemy, co 25 lat temu: rasizm, bezrobocie, wojny, seksizm, homofonię etc.

Don, a jak przyjmujesz, kiedy ludzie mówią ci, że jesteś żywą legendą. Lubisz to?
Kiedy mówią mi takie rzeczy, to zazwyczaj wyciągam bilet komunikacji miejskiej i pokazuję: patrz, to mój bilet, więc jaka ze mnie legenda? Kiedy ludzie nie odpuszczają mówię: OK, dobra – pracuję nad tym (śmiech). Ciągle mam dużo do zrobienia.

opracowanie, tłumaczenie i foto: (jw)