|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE










Copyright: PiotRAS
|

ZIGGY MARLEY "Love
is my religion"
Ziggy
Marley, pierworodny syn króla muzyki reggae Boba Marley’a nagrał drugi album
firmowany tylko i wyłącznie swoim nazwiskiem. Już na poprzedniej płycie „Dragonfly”
młody Marley pokazał, że nie zamierza być mizerną kopią sławnego ojca.
Zostawiając gdzieś chwilowo na boku rodzinną grupę The Melody Makers, zafundował
nam muzykę, która z reggae miała bardzo niewiele wspólnego. Po blisko 3 latach
wychodzi następczyni „Dragonfly”, płyty, którą Ziggy bądź co bądź postawił sobie
dość wysoko poprzeczkę.
Nowy album dalej podąża w kierunku
wyznaczonym wspomnianą już płytą „Dragonfly,” z jednym małym wyjątkiem. O ile w
przypadku tego swoistego „debiutu” były to wszystkie gatunki, tylko nie reggae,
tak tym razem jednak wśród mieszanki folku, rhytm’n’bluesa pojawiają się klimaty
reggae i w dodatku prawdę mówiąc jest ich tu całkiem sporo. Od razu jednak
spieszę donieść, że jeśli ktoś się spodziewa cukierkowego reggae spod znaku
wspomnianego już wcześniej Melody Makres, to może czuć się zawiedziony (albo jak
w moim przypadku odetchnąć z ulgą). Zacznijmy jednak po kolei. Album otwiera
bardzo swojsko brzmiący „Into the groove”. Wesołe, leniwe gitarki i ten
saksofon. Jakbym słyszał rodzime Voo Voo. Dalej pierwsze zetknięcie z reggae
czyli tytułowy „Love is my religion”. Piękne roots z bardzo melodyjnym refrenem.
Gdyby tak dać ten kawałek na playlisty komercyjnych rozgłośni radiowych, to mamy
murowany hit lata 2006. Podobnie rzecz ma się przy utworze „Friend”. Kiedy
pierwszy raz przesłuchałem płytę w domu i chwilkę później jechałem samochodem,
to złapałem się na tym, że już sobie nucę refren tej piosenki. Ziggy na „Love is
my religion” sięga też korzeni muzyki jamajskiej. „Black cat” to bardzo skoczny
numer w stylu rock steady z odrobiną ska. Ostatnio artyści coraz częściej
sięgają po te rytmy (np. niemiecka piosenkarka Zoe). Poza kolejnymi odsłonami
reggae w „Be free” czy „A life time” (z klimatycznymi smykami jak w „Otherwise”
Morcheby) mamy także Marley’a melancholijnego, jak choćby w przepięknym „Beach
in Hawaii”, „Keep on dreamin” (kolejny hit) czy „Make some music”. Ten ostatni
to mój osobisty faworyt. Wolny, transowy, wbijający basem w podłogę. Na
zakończenie mamy swego rodzaju bonusy. Średnio udany dubowy „Be free” oraz utwór
tytułowy wykonany tylko przy akompaniamencie gitary akustycznej. Sam nie wiem,
która wersja jest lepsza. Obydwie mają w sobie coś pięknego i magicznego.
Ziggy Marley dziś to już dojrzały,
uformowany artysta, który wie czego chce. Droga, którą sobie obrał już 3 lata
temu bardzo mi odpowiada. „Love is my religion” pokazuje, że nie był to tylko
jednorazowy wzlot na wyżyny i w przyszłości można się spodziewać bardzo ciekawej
i pięknej muzyki.
Rass Tomi
*****

|