|
|
|
|
|
- - - - - - - - - - - - - RRR.COM.PL |
ZIGGY MARLEY "Love is my religion"
Nowy album dalej podąża w kierunku wyznaczonym wspomnianą już płytą „Dragonfly,” z jednym małym wyjątkiem. O ile w przypadku tego swoistego „debiutu” były to wszystkie gatunki, tylko nie reggae, tak tym razem jednak wśród mieszanki folku, rhytm’n’bluesa pojawiają się klimaty reggae i w dodatku prawdę mówiąc jest ich tu całkiem sporo. Od razu jednak spieszę donieść, że jeśli ktoś się spodziewa cukierkowego reggae spod znaku wspomnianego już wcześniej Melody Makres, to może czuć się zawiedziony (albo jak w moim przypadku odetchnąć z ulgą). Zacznijmy jednak po kolei. Album otwiera bardzo swojsko brzmiący „Into the groove”. Wesołe, leniwe gitarki i ten saksofon. Jakbym słyszał rodzime Voo Voo. Dalej pierwsze zetknięcie z reggae czyli tytułowy „Love is my religion”. Piękne roots z bardzo melodyjnym refrenem. Gdyby tak dać ten kawałek na playlisty komercyjnych rozgłośni radiowych, to mamy murowany hit lata 2006. Podobnie rzecz ma się przy utworze „Friend”. Kiedy pierwszy raz przesłuchałem płytę w domu i chwilkę później jechałem samochodem, to złapałem się na tym, że już sobie nucę refren tej piosenki. Ziggy na „Love is my religion” sięga też korzeni muzyki jamajskiej. „Black cat” to bardzo skoczny numer w stylu rock steady z odrobiną ska. Ostatnio artyści coraz częściej sięgają po te rytmy (np. niemiecka piosenkarka Zoe). Poza kolejnymi odsłonami reggae w „Be free” czy „A life time” (z klimatycznymi smykami jak w „Otherwise” Morcheby) mamy także Marley’a melancholijnego, jak choćby w przepięknym „Beach in Hawaii”, „Keep on dreamin” (kolejny hit) czy „Make some music”. Ten ostatni to mój osobisty faworyt. Wolny, transowy, wbijający basem w podłogę. Na zakończenie mamy swego rodzaju bonusy. Średnio udany dubowy „Be free” oraz utwór tytułowy wykonany tylko przy akompaniamencie gitary akustycznej. Sam nie wiem, która wersja jest lepsza. Obydwie mają w sobie coś pięknego i magicznego. Ziggy Marley dziś to już dojrzały, uformowany artysta, który wie czego chce. Droga, którą sobie obrał już 3 lata temu bardzo mi odpowiada. „Love is my religion” pokazuje, że nie był to tylko jednorazowy wzlot na wyżyny i w przyszłości można się spodziewać bardzo ciekawej i pięknej muzyki. Rass Tomi *****
|
|