|
|
|
|
|
- - - - - - - - - - - - - RRR.COM.PL |
VAVAMUFFIN "Inadibusu"
To już nie ten sam Vavamuffin, to już nie te chwytliwe i rozpoznawalne hity – pomyślałem sobie podczas pierwszego odsłuchu „Inadibusu”. Za drugim i trzecim razem było podobnie. Ale gdy włączyłem płytę następnego dnia, okazało się, że wiele melodii jednak utkwiło mi w pamięci, a całość nie jest wcale daleka od płytowego debiutu. Owszem brakuje hitów na miarę „Jah jest prezydentem” czy „Babilon da bandit”, ale nowe produkcje bronią się ciekawymi tekstami, chwytliwą melodią no i jakością brzmienia, co zagwarantował świetny band, duet Juniorbwoy.com, LWW studio oraz Mario Dziurex i Jarek Smok. Na płycie
znajduje się 16 utworów w tym intro i outro. Intro z udziałem Hornsmana Coyote brzmi jak zapowiedź… nowej płyty Bakshisha… Jest ciekawe, ale dość
znacznie odbiega od ogólnej stylistyki płyty – o ile o ogólnej stylistyce można
w wypadku Vavamuffin mówić. Jaka więc jest ta stylistyka? Odpowiedź może być
tylko jedna - bogata. Mamy tutaj pulsujące rootsowe numery, cieżkie ragamuffiny
i taneczne nuty dancehall. Mnie, miłośnikowi tych pierwszych, przypadły więc do
gustu bujające „Vavamuffin On The Road”, „Hooligan Rootz”, „Supamolly” i „Rub
Rumor”. „Vavamuffin On The Road” to prawdziwie vavamufinowy hit, choć szkoda że
z anglojęzycznym refrenem. Nie chodzi bynajmniej o językowe umiejętności
wokalistów, ale o to, że polskie refreny łatwiej zapamiętać i wykrzyczeć podczas
koncertu. Uwaga ta dotyczy również najbardziej rozpoznawalnego numerem na
płycie, czyli singlowego „Hooligan Rootz” i „Supamolly”, utworu opartego na
znanym riddimie, który wzięty na warsztat przez Vavamuffin zyskał nową jakość.
Jak pisałem wyżej, na "Inadibusu" puls przeplata sie z brzmieniami nowoczesnymi.
„Oriento” to cięższe dźwięki ragga. Bardzo zadziornie wypada tutaj Gorg, którego
w ogóle na krążku jest dużo więcej niż na debiutanckiej produkcji. Gorg i
Pablopavo grają zresztą na płycie pierwsze skrzypce wokalne, a Reggeanerator,
choć jak zawsze daje radę, nie jest już wiodącym wokalistą grupy. Wspólna uwaga
do wszystkich wokalistów jest jednak taka, że chwilami ścigają się oni z muzyką
i zrozumienie tekstu jest nie lada wyczynem. Dalej mamy „Equal Rights”,
dancehallowy numer opowiadający o tzw. państwie prawa (co to takiego?) i
historyjkę o Nataszy - „Natasha From Rush'yah”. O co chodzi z tą Nataszą -
pytają słuchacze. A teorii zastępujących odpowiedź jest wiele. Jedna z nich
mówi, że piosenka opowiada o dawnej miłości jednego z wokalistów. Ile w tym
prawdy, nie wiadomo. Apropo kobiet. Mają one na płycie piosenkę sobie
dedykowaną, ale chyba napisaną bez pomysłu. Refren „..baba to ma..” brzmi jak
znane „vavato” z płyty „Vabanq”. Utwór, mimo wybitnie rozrywkowego charakteru
mnie nie przekonuje i nie bawi. Na koniec trzeba wspomnieć o jeszcze trzech, tym
razem smakowitych, kąskach na płycie. Pierwszy z nich to „Poland Story” –
historia polskiego reggae w pigułce. Rzecz świetna, bo dzięki temu utworowi,
mistrzowsko nawiniętemu przez Pablopavo, młodzi ludzie sięgną po nagraniowe
starocie, takie jak: Katharsis, Izraela i Kryzys. W opowieści nie zabrakło też
wzmianki o Sławku Gołaszewskim i Włodku Kleszczu, których audycji pod koniec lat
80-tych i na początku 90-tych wyczekiwałem przed radioodbiornikiem z wypiekami
na twarzy. Siła tych programów była tak wielka, że po latach sam zasiadłem za
radiowym mikrofonem… ale to już inna historia. Wart wzmianki jest też ciężki „Poor
People” w którym udziela się Daddy Freddy. Mimo iż nie przepadam za takim
brzmieniem, trzeba przyznać że drzemie w tym numerze wielki parkietowo – klubowy
hit i nie można obok niego przejść obojętnie. Płytę zamyka lekki i dowcipny „Dabuday”,
z charakterystyczną dla Vavamuffin grą słów. PiotRAS
|
|