Przez dwa dni Ostrów Wielkopolski był stolicą różnych odmian polskiego reggae Piaski w rytmach reggae Do wpół do piątej rano bawiły się z soboty na niedzielę tłumy kolorowo ubranych miłośników muzyki reggae z całej Polski, którzy zjechali nad jezioro Piaski Szczygliczka na IV Festiwal ,,Reggae na Piaskach’’. Festiwal trwał po raz pierwszy dwa dni i był połączony z Etno – Eko Festem. Zagrały na nim czołowe zespołu, które zaprezentowały różne odmiany muzyki reggae oraz folku popularniejszego muzyki etnicznej. Nie zabrakło też innych atrakcji z pogranicza różnych rodzajów sztuki.
Muzyka reggae ma w Polsce specyficzne, ale wierne grono odbiorców. To przeważnie młodzi ludzie, którzy podczas wakacji potrafią podróżować na drugi koniec kraju, by usłyszeć swoich ulubieńców i poczuć atmosferę reggae-owej wspólnoty. Tak właśnie było w sobotę Ostrowie, dokąd zjechało ok. dwóch tysięcy miłośników jamajskich rytmów.
Trójkolorowe miasteczko
W tym roku ostrowski festiwal był szeroko reklamowany w całej Polsce. Informacje o ,,Reggae na Piaskach’’ można było znaleźć na wszystkich najważniejszych portalach internetowych zajmujących się kulturą niezależną. Na internetowej stronie Kuriera www.kurier.zapis.net.pl i portali potworzyły się nieformalne fora dyskusyjne, na których ludzie z całej Polski umawiali się na festiwal, szukali transportu, miejsc w namiocie do spania i dzielili się wrażeniami i oczekiwaniami. O festiwalu mówiły i pisały również największe polskie media: Newsweek, Angora, Gazeta Wyborcza, RMF FM i wiele innych. Szeroko informowały media regionalne i lokalne. Dzięki temu, na darmowym polu namiotowym dla festiwalowych gości pierwsze namioty pojawiły się już na dwa dni przed koncertem. Przyjechali do Ostrowa młodzi ludzie z całej Polski: ze Szczecina, Gdańska, Szklarskiej Poręby, Warszawy, Bielska Białej i wielu innych miast. Świadczy to, że ostrowski festiwal stał się jedną z największych imprez tego gatunku w Polsce.
Festiwalowe Piaski
Koncerty odbywały się pod wielkim namiotem, który uniezależnił organizatorów od pogody. Malownicze położenie, przestrzeń dookoła i jednocześnie wszystko, czego potrzeba: jedzenie, picie, sanitariaty - to wszystko sprawia, że ostrowski ośrodek nad jeziorem Piaski Szczygliczka to wręcz wymarzone miejsce dla takich imprez plenerowych. Na publiczność czekało również bezpłatny, 4-stronicowy dodatek do Kuriera Ostrowskiego o festiwalu, wielki ekran na którym transmitowany był koncert oraz mnóstwo stoisk z płytami, koszulkami i innymi pamiątkami festiwalowymi.
Koncertowe wibracje
Festiwal rozpoczął zespół Bez Ogrodu – pierwsza od ok. 15 lat, czyli od czasu zespółu Rokosz, ostrowska formacja grająca reggae. Ich występ ubarwiły oryginalne instrumenty; bębny oraz didjeridu – instrument używany przez australijskich Aborygenów, a dwa ostatnie utwory rozruszały publiczność. Po ostrowianach na scenie pojawił się kolejny wielkopolski zespół – Fari z Leszna. Zagrali bardzo solidne, mocno energetyczne reggae, które w ich wykonaniu brzmiało znacznie lepiej, niż w nagraniach studyjnych. Publiczność ciepło przyjęła ich występ.
Zupełnie wyjątkowe klimaty zapanowały, gdy na scenie pojawił się amerykański mistrz gry na gongach Don Conreaux. Ten wymykający się schematom artysta – o którym obszernie piszemy wewnątrz numeru -,,zaczarował’’ ostrowską publiczność. Egzotyczne dźwięki jego olbrzymich gongów, tybetańskich mis akustycznych, używanych do wydobywanie dźwięków muszli, rogów dzikich zwierząt i innych egzotycznych instrumentów zostały wykorzystane do ,,kąpieli w gongu’’ – jak Don nazywa swoje muzyczno – terapeutyczne seanse. O dziwo, rozbawiona publiczność doskonale przyjęła jego występ. To były jedyne chwile, gdy kolorowy tłum na Piaskach nie tańczył, tylko stał i słuchał.
Po Donie przyszła kolej na bodaj najmocniejsze uderzenie sobotniego wieczora. Największy aplauz wywołał koncert formacji Indios Bravos założonej przez Gutka i Piotra Banacha, byłego gitarzystę zespołu Hey. Istnieją dopiero ok. 2 lata, ale już wypracowali sobie własną, oryginalną formułę muzyczną. Nie trzymają się ściśle reggae’owej stylistyki ani w warstwie muzycznej, ani tekstowej. Efekt był wręcz porażający. Gutek to chyba najlepszy głos reggae w Polsce (gdyby tak jeszcze ciut więcej charyzmy…), Banach i koledzy to doświadczeni muzycy, więc zespół solidnie zapracował sobie na miano jednego z najlepszych polskich zespołów tego szeroko rozumianego gatunku. A gdy na scenie pojawili się tancerze w strojach Indian północnoamerykańskich, to już była niemal magia…
Bardzo solidnie zaprezentował się inny doświadczony muzyk – Sidney (a właściwie Jarek ) Polak, na co dzień perkusista T.Love, który nagrał w tym roku swoją pierwszą, świetnie przyjmowaną płytę. Jeden z krytyków napisał, że jst ona przykładem ,,artystycznego wampiryzmu’’, bo Sidney wyssał talent do pisania dobrych piosenek od Muńka Staszczyka. Czy tak właśnie było nie wiemy, ale 45 minut przesyconego rytmem i muzycznymi ,,kolorkami’’ ragga z ciekawymi tekstami to był po prostu kawałek dobrej muzyki z pogranicza reggae.
Więcej można było się było chyba spodziewać po formacji Lion Vibrations. Niespecjalnie oryginalne silenie się na granie roots reggae, najbardziej zbliżonej do korzeni gatunku odmiany reggae, nie porwało publiczności, choć bardzo starał się o to wokalista. Oryginalny był tylko skład zespołu z dziewczynami grającymi na basie i saksofonie.
Bardzo przyjemną niespodziankę sprawiła za to grająca gorące rytmy ska formacja Cała Góra Barwinków. To gatunek pasujący do jamajskich rytmów, z charakterystycznie podcinanym, szybkim rytmem i silnie zaznaczoną sekcją instrumentów dętych. Młodzi muzycy pokazali, że w tym stylu można zagrać niemal wszystko; od tematów z polskich seriali telewizyjnych, po polską klasykę, czyli utwór nieistniejącego już zespołu RAP.
Choć na dworze już świtało, to publiczność entuzjastycznie przyjęła melodeklamacje w rytmach raggamuffin warszawskiej formacji Vavamuffin. Raggamuffin to gatunek łączący korzenie reggae z rapem, hip – hopem i innymi gatunkami. Warszawscy DJ-e z szanowanym przez wszystkich Pablem i Regeneratorem na czele śpiewali, deklamowali im prozaizowali o niemal wszystkim; od Kazimierza Deyny, po ostrowski festiwal. Gdy schodzili ze sceny dochodziła godzina 4.30, a kilkaset osób nadal chciało tańczyć.
Folkowe uspokojenie
Musieli jednak poczekać na następny dzień festiwalu, przygotowany przez Krzysztofa Wodniczka z poznańskiego Stowarzyszenia Muzycznego ,,Brzmienia’’. Ten z urodzenia i zamiłowania ostrowianin ma wprawdzie reggae ,,we krwi’’, bo kilkanaście lat temu wymyślił i organizował festiwale ,,Reggae nad Wartą’’, ale w niedzielę przywiózł do swojego rodzinnego miasta zestaw ciekawych wykonawców innych gatunków. Choć znaczna część ,,wymęczonej’’ sobotnim koncertem publiczności już wyjechała, to kilkaset osób chętnie słuchało znacznie spokojniejszych dźwięków. Etniczny kolaż muzyki andyjskiej indyjskiej i elektronicznych dźwięków zaprezentował Brava Cherra z Peru i Krzysztof Jarmużek. Najbardziej żywiołowo tego dnia zagrali gorące bałkańskie rytmy Terra Balkan Folk z Bułgarii, oprócz których na scenie zaprezentowali się: Crotoschino i Karpatia.
JAROSŁAW WARDAWY