START
Nowości na stronie
Reggae newsy
MUZYKA
Reggae w Polsce
Reggae na świecie
Recenzje
Koncerty
Fotorelacje
RASTA i REGGAE
Reggae i  Rastafarianizm
Dready
Jamajka
Bębny
Czytelnia
Reggae słownik
Rasta foto
BOB MARLEY
Życie i twórczość
Dyskografia
Teksty piosenek
Wywiad
Galeria foto
INNE
Download
Forum
Czat
Rasta Rodzina
Księga Gości
Linki
Autorzy RRR

 

Poznaj innych Rasta z Polski!

  

Copyright: PiotRAS

 

 

 

BOB MARLEY Z KRWI I KOŚCI - Machina, 2001

W ciągu okrągłych 20 lat, które minęły od śmierci Boba Marleya, jamajski pieśniarz stał się ikoną, a jego życie obrosło mitami. A przecież był przede wszystkim człowiekiem z krwi i kości, którym powodowały ludzkie namiętności, ambicje i obsesje.

Bob Marley, obdarzony nieprzeciętnym talentem muzycznym, nie potrafił poradzić sobie ze swoim pochodzeniem i ambicją bycia gwiazdą. Marzyło mu się rzucenie na kolana Ameryki, a w czarnoskórych obywateli chciał tchnąć ducha rastafarianizmu. Miał też słabość do kobiet, którą nazwalibyśmy dziś seksoholizmem. Ale nade wszystko nie miał głowy do polityki. "Wielki, mały człowiek".

Rastaman na manowcach

W 1978 roku na Jamajce wrzało. Zbliżały się wybory. Było jasne, że Michael Manley, stojący na czele rządzącej wyspą Ludowej Narodowej Partii (PNP), będzie musiał złożyć urząd w ręce Edwarda Seagi z opozycyjnej Jamajskiej Partii Pracy (Jamaica Labour Party).

W tym czasie w walkach ulicznych zginęło lub zostało zabitych przez zamachowców blisko 800 osób. By ostudzić nastroje, Seaga (sterowany przez CIA, które nie chciało dopuścić do zrobienia z Jamajki drugiej Kuby), zasugerował ludziom z otoczenia Marleya, by ten dał plenerowy występ dla mas. W tamtym czasie muzyk miał na wyspie niepodważalny status gwiazdy i liczono się z nim, jak z nikim innym. Ten zgodził się, jakby nie pamiętając, że kilka lat wcześniej w utworze "Rat Race" śpiewał: "Rasta nie współpracuje z CIA".

Szybko zorganizowano One Love Peace Concert, który przeszedł do historii dzięki dwóm niecodziennym wydarzeniom. "Podczas jednego z utworów za tańczącym w natchnieniu Bobem w suchy, bezchmurny wieczór rozbłysła błyskawica. Kronikarze dopatrujący się znamion boskości w osobie artysty, szybko uznali to za kolejny dowód na korzyść swej teorii. Ale tamten wieczór przeszedł do historii z powodu pojednania Manleya i Seagi" - relacjonuje w biografii "Catch A Fire" Stephen Davis. Na zachowanym filmie i zdjęciach widać, jak ciemnoskóry dredmen aranżuje uściśnięcie sobie dłoni przez obu białych polityków. Pokój na wyspie, której groził stan wojenny, został zachowany. Marley po raz drugi sprawdził się w roli wentyla bezpieczeństwa w swej ojczyźnie.

Uśmiechnij się, Jamajko!

Cofnijmy się jednak o dwa lata. Jest jesień 1976 roku. Marley wydał właśnie płytę "Rastaman Vibration" i po trasie promującej w USA wrócił do Kingston. Tu znaleźli go wysłannicy lidera PNP, który chciał zbadać orientację polityczną Marleya. A że ten takowej nie miał, po krótkim namyśle zgodził się na występ podczas koncertu Smile Jamaica, który tak naprawdę miał być wiecem wyborczym populistycznej i lewicującej PNP. Bob o mały włos nie wziąłby w nim udziału. 3 grudnia, dwa dni przed imprezą, do domu zamieszkanego przez rodzinę i przyjaciół artysty wtargnęło dwóch zamachowców, którzy oddali serię strzałów do znajdujących się w środku ludzi. Marley, zraniony w pierś i - po rykoszecie - w rękę, ocalał zasłonięty przez menadżera Dona Taylora, który przeżył mimo czterech postrzałów. "Pułapka w nocy, zastawiona przez społeczeństwo" - zaśpiewa później w piosence "Ambush In The Night" z albumu "Survival" (1979 roku), mając świadomość, że zrobili to najprawdopodobniej ludzie z konkurencyjnej JLP.

W czasie tych dramatycznych wydarzeń Marley mieszkał już na przedmieściach stolicy, w przemalowanym na zielono-złoto-czerwono domu przy Hope Road. Budynek należał do Chrisa Blackwella, pochodzącego z Jamajki białego producenta i właściciela angielskiej wytwórni Island (pod jej szyldem Bob nagrywał do końca życia).

Zamieszkiwała tu rodzina artysty, muzycy jego zespołu The Wailers i zbieranina rastamanów-ochroniarzy, którzy zajmowali się głównie paleniem marihuany i graniem w piłkę nożną jako drużyna House Of Dread. Dom szybko stał się azylem dla wszelkiego rodzaju typków spod ciemnej gwiazdy, którzy szukali schronienia przed policją lub zemstą wrogów z getta, w którym wychował się również Marley. Jak wspomina dziś Stephen Davis, kronikarz muzyka reggae, Bob zawsze znajdował czas na rozmowę z młodocianymi gangsterami, z których niejeden miał na sumieniu morderstwo. - Święcie wierzył w możliwość nawrócenia ich na dobrą drogę - dodaje Chris Salewicz, autor "Rude Boy" - bodaj najlepszej książki o Jamajce. Marley odwiedzał skazanych w więzieniu Gun Court. Czasem udawało mu się któregoś z nich wyciągnąć zza krat lub skrócić komuś karę. - Na moich oczach, w ciągu 20 minut muzyk wyjednał u naczelnika karceru zwolnienie Michela Bernarda, aktywisty oskarżonego o morderstwo z pobudek politycznych - pisze Salewicz.

Czy była to zasługa daru przekonywania, czy dewaluacja wymiaru bezpieczeństwa Jamajki, nie dowiemy się. Wiadomo jednak, że przynajmniej raz Marley miał sam próbować przez kilka miesięcy więziennej kuchni. W 1968 roku on i jego partnerzy z pierwszego składu The Wailers, czyli Peter Tosh oraz Bunny Wailer, zostali przyłapani na paleniu marihuany. A trzeba pamiętać, że zdarzyło się to w kraju, gdzie 70 % mieszkańców stale używa konopi indyjskich! Jak skomentował swój konflikt z prawem sam oskarżony, możemy się przekonać na zdjęciu z albumu "Catch A Fire" - na okładce Marley, z zaczątkami dredów na głowie, zaciąga się pokaźnego kalibru skrętem.

Uspokajające konopie, palone regularnie kilka razy dziennie przez optymistycznie i pokojowo nastawionego do życia muzyka, nie zadziałały jednak w 1980 roku - Gdy Marley dowiedział się, że Don Taylor zdefraudował część jego majątku, skopał go po głowie i kroczu w obecności przyjaciół z grupy. Wydarzenie to o mały włos skończyłoby się śmiercią menedżera - przypomina to zdarzenie miesięcznik "Uncut". I tak po latach dała o sobie znać natura gangstera ze slumsów Trenchtown, który w początkach kariery wymuszał umieszczenie swoich singli na listach przebojów lokalnych rozgłośni przy pomocy... byłego członka gangu, a później ochroniarza Alana "Skilly" Cole'a.

Owsianka krzepi

Gdy jednak przyjrzymy się dokładniej życiu pieśniarza, okaże się, że jeden wpis do kartoteki to zupełnie przyzwoity wynik jak na warunki, w których dorastał.

Zdana na samą siebie, prosta dziewczyna z ludu Cedella Booker, matka późniejszego bohatera narodowego Jamajki, w 1955 roku przeniosła się z dziesięcioletnim wówczas dzieckiem z St. Ann do stolicy Jamajki, Kingston. Jej jedynym majątkiem był dom z blachy i tektury oraz naczynia do gotowania. "Siedzieliśmy w Trenchtown i patrzyliśmy na morze, gotując owsiankę" - zaśpiewa Bob po latach w swoim największym hicie "No Woman, No Cry". Pora jedzenia była świętem dla dziecka, uczącego się brutalnych reguł getta, w którym życie miało czasami wartość garści wspomnianej owsianki. - To cud, że Bóg obdarzył go talentem. W przeciwnym wypadku skończyłby jak inni jego rówieśnicy. Z nożem w brzuchu lub kulą w plecach - wspominała już po jego śmierci matka, nie ukrywając, że największym zagrożeniem dla Roberta Nesty Marleya był... on sam.

- Szybko zauważył, że różni się kolorem skóry od innych dzieciaków z okolicy. Wciąż pytał mnie, dlaczego to musiało się przytrafić właśnie jemu. Czym zawinił, że jego tak los doświadczył? Nie muszę chyba dodawać, że wstydził się mieszanki krwi, chciał być "czarny". Nigdy nie powiedział tego wprost, ale jako nastolatek miał mi za złe swe pochodzenie - opowiada Cedella Booker, która w 1944 roku poznała angielskiego oficera marynarki Norvala Marleya. Owocem ich krótkiego związku był Bob. - Chciał popełnić samobójstwo. Nie mógł znieść, że jest Mulatem. Uważał się za żywy dowód na istnienie kolonializmu i niewolnictwa - dodaje matka, ceniona wokalistka, która nagrała kilka płyt. - Nie może być nic bardziej babilońskiego niż to, że facet, który był z moją matką, poszedł jako kapitan na wojnę i już z niej nie wrócił - tłumaczył po latach osierocony Marley.

Jedna żona, niejedna miłość

Gdyby dobrze przyjrzeć się karierze Boba, okaże się, że niemal przez cały czas Mulat z getta chciał udowodnić sobie i innym, że jest lepszy od otoczenia. Nie tylko zresztą jako artysta. Również jako mężczyzna.

Obdarzony ciekawym głosem i umiejętnością komponowania melodii, a także silną osobowością, zjednywał sobie - jeżeli nie przyjaźń, to szacunek wrogów i różnych dziwaków z getta. A że już w połowie lat 70. był gwiazdą zarabiającą spore pieniądze, w rezydencji przy Hope Road zamieszkanej przez jego ferajnę z miejsca pojawiły się kobiety wolnego stanu.

Trudno to zrozumieć z "białego" i dominującego u nas chrześcijańskiego punktu widzenia, ale wszystko odbywało się w zgodzie z kanonem zasad rasta, w którym kobieta spełniała role wyznaczone przez mężczyznę. Mieszkanki kwatery Wailersów gotowały, prały, zajmowały się dziećmi. A tych prorok rasta miał całkiem sporo. Dość wspomnieć, że kiedy przyszło do podziału sukcesji, jego żona Rita Marley, która nie mieszkała w House Of Dread, "przesłuchała" kilkadziesiąt kobiet. W efekcie dzieci aż siedmiu z nich uznano za poczęte ze związku z Marleyem.

- Jako sierota nadrabia braki w miłości z czasów dzieciństwa. Lubi być kochany. I sam kocha kochać. Jeżeli seks jest tym, bez czego nie może się obejść, ja odsunę się na bok. Nauczę się żyć bez niego - tłumaczyła poślubionego jeszcze w 1966 roku Boba, Rita.

Sama urodziła mu czwórkę dzieci, które później założyły zespół Ziggy And The Melody Makers (Ziggy czyli David oraz Stephen, Cedella i Sharon). Bob, wieczny idealista i marzyciel, luźno traktujący sprawy seksu, pytany przez brukowych dziennikarzy o liczbę kobiet w swoim życiu, ucinał sprawę stwierdzeniem: - Chciałbym mieć tyle dzieci, ile ziaren piasku na plaży.

Amerykański sen

Kilku potomków Marley zostawił w Ameryce, o podboju której marzył całe życie. Od Chrisa Blackwella, który był katalizatorem jego kariery, domagał się tras koncertowych po USA po każdym wydanym albumie, a nawet częściej. Nie był tu jednak rozumiany. Nic dziwnego, skoro problemy w nawiązywaniu z nim kontaktu mieli także kolejni, nagrywający z nim amerykańscy muzycy sesyjni. - Nie wiedziałem, co facet do mnie gada w tym swoim karaibskim slangu. Dopiero, kiedy zapaliłem spliffa, otworzyła mi się jakaś klapka w głowie - wspomina Wayne Perkins z Alabamy.

Paradoksalnie w Ameryce, której mieszkańców chciał nawrócić swoimi tekstami na rastafarianizm, zakończyła się kariera Marleya, który wyniszczony rakiem, swój ostatni koncert dał we wrześniu 1980 roku w Pittsburghu.

O mały włos już pierwsze jego spotkanie z krajem Wuja Sama skończyłoby się tragicznie: - Przyjechał w 1966 roku do matki w Willmington w stanie Delaware, gdzie pracował jako spawacz w zakładach Chryslera. Już po kilku miesiącach musiał uciekać na wyspę przed poborem do wojska. Jako ciemnoskóry emigrant miał spore szanse znaleźć się w samolocie lecącym do Wietnamu - relacjonują krytycy reggae, Steve Barrow i Peter Dalton.

Gdy dziś kibicujemy grającym w radosny futbol zawodnikom z Jamajki, którzy nazywani są "Reggae Boyz", warto pamiętać o jeszcze jednej słabości Marleya. Godzinami, w przerwach między próbami, grał w piłkę nożną. I miał tę "kiwkę" - jakby powiedzieli dziś podwórkowi następcy Zinedine Zidane'a czy Louisa Figo.

Trywializując sprawę, można powiedzieć, że to właśnie miłość do futbolu zabiła najwybitniejszego w historii artystę reggae. W lutym 1977 roku grając w piłkę na podwórku trójkolorowego domu w Kingston, zranił sobie duży palec prawej stopy. W maju naruszył go sobie po raz kolejny, grając w piłkę w Paryżu. Nie leczony uraz dał początek czerniakowi - odmianie raka. Lekarze doradzali amputację palca, ale zasady rasta tego zabraniały. Z czasem doszło do przerzutów nowotworu na żołądek, płuca i mózg. 11 maja 1981 roku zmarł w szpitalu w Miami. Jeszcze rok wcześniej komponował, palił ganję i popisywał się przed przyjaciółmi, "kapkując" piłką. 

Artur Szklarczyk

-