|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE










Copyright: PiotRAS |
LEW POKOJOWY
- artykuł Magazynu XL, nr 46 - Grudzień 1999
Mógł zostać spawaczem, a stał się Legendą. Prorokiem i bojownikiem rasta. Za nim podążyły setki tysięcy zespołów grających reggae - czarną muzykę wolności. Jednak dla niektórych BOB MARLEY był zagrożeniem. 23 lata temu miał miejsce zamach, w którym jedna z największych postaci muzyki XX wieku o mały włos, a straciłaby życie.
Bartek Rączkowski
Strzały znikąd
Noc z piątku na sobotę 3-4 grudnia 1976, dzień przed koncertem "Smile Jamaica". Garderoba The Wailers w Kingston przy Hope Road 56. Bob wychodzi z sali prób. Wchodzi tam natomiast jego menedżer, Don Taylor. Trafia wprost na linię ognia. Strzały są przeznaczone wyraźnie dla Boba. Taylor dostaje cztery kulki w pachwinę. Jeden pocisk obija się od ściany. Bob zostaje raniony w lewe ramię. W tym samym czasie Rita, żona Marleya, wsiada do swojego żółtego volkswagena garbusa i uruchamia silnik. Pięć strzałów roztrzaskuje tylną szybę samochodu, jeden przebija drzwi, a ostatni rozbija przednią szybę i trafia w głowę Rity. Na koncert "Smile Jamaica" (Uśmiechnij się Jamajko) zaprosił Boba rząd Jamajki - miał więc oficjalnie grać dla całego narodu. I chociaż w jamajskim rządzie zasiadali wówczas członkowie nielubianej przez rastamanów Partii Ludowo-Narodowej, nie mógł odmówić. I to nie tylko dlatego, że premier Michael Manley zapewniał go, że impreza zupełnie nie będzie miała wydźwięku politycznego ani tym bardziej nie będzie przedwyborczym wiecem jego Partii.
Mimo że przyjaciele radzili mu, żeby nie mieszał się do spraw tak wyraźnie politycznych, Bob nie odmówił. Miał związane ręce: nie tak dawno jego rodzina dostała dom w Zatoce Byków od ministra budownictwa. W nocy przed koncertem Bob zaczął przeczuwać swoją śmierć. Szczęśliwie w zamachu nikt nie zginął. Ciężko rannych (Ritę, Taylora i Lewisa Griffitha, przyjaciela Marleya) odwieziono do szpitala, a Bob skrył się w Górach Błękitnych niedaleko od Kingston. Pojawiły się jednak pytania: czy Bob Marley and the Wailers wystąpią podczas ,Smile Jamaica" przed całym narodem? Dlaczego chciano zabić Marleya? I kto za tym stał?
Zacznijmy jednak od początku.
W rytmie spawacza
Mimo że dla swoich rastafariańskich braci Bob Marley, podobnie jak Hajle Selasje I, król Etiopii, nigdy się nie urodził, początek jego życia był bardzo prozaiczny. Jego rodzice, czarna osiemnastolatka Cedella Booker i pięćdziesięcioletni biały kapitan Norval Marley, znali się krótko. Ich syn, Robert Nesta Marley przyszedł na świat w środę 6 lutego 1945 roku. Z rodzinnej wioski St. Ann, na północy Jamajki, niewielkiej wyspy na Karaibach, na której mimo bliskości Stanów Zjednoczonych wciąż żywe były tradycje afrykańskie, Bob z matką skierowali się w stronę stolicy - Kingston. Spodziewali się, podobnie jak wielu innych wieśniaków zmierzających w tamtym kierunku, że czeka na nich kraina mlekiem i miodem płynąca. Niestety, w Kingston pracy było za mało, a ludzi za dużo. Marleyowie osiedli więc w Trenchtown - dzielnicy slumsów. Tam kilkunastoletni Bob pracował jako spawacz. Nie to go jednak interesowało. Wspólnie ze swym przyjacielem, Bunnym Livingstonem dzięki amerykańskim stacjom radiowym odkrywał świat muzyki - świat rhythm'n'bluesa. Jego największym marzeniem było założenie zespołu. I wtedy właśnie (a był rok1962) ni z tego ni z owego na głos podśpiewującego sobie pod nosem chłopaka uwagę zwrócił Leslie Kong, producent muzyczny, który zorganizował Bobowi pierwsze nagrania. To ośmieliło go do dalszych działań. Wkrótce, wspólnie z Bunnym i innym entuzjastą muzyki, Peterem MacIntoshem (znanym jako Peter Tosh) założył własną grupę - The Wailing Wailers. W Kingston panowały wtedy sound-systemy grające ska - skoczną muzykę do tańca, która łączyła pielęgnowane na wyspie tradycje afrykańskie i amerykańskiego rhythm'n'bluesa. Właściciel jednego z nich - Clement "Sir Coxsone" Dodd - pomógł chłopcom przy pierwszych nagraniach. O dziwo, już pierwszy singel Wailersów okazał się sporą sensacją (w skali lokalnej, oczywiście) i przez dwa miesiące okupował jamajską listę przebojów.
Jest tylko jedna prawda - Jah Rastafari
Oszałamiającą karierę przerwały sprawy osobiste. Mama Boba powtórnie wyszła za mąż i wyniosła się do Stanów. Chciała, by i on miał szansę rozpocząć tam nowe życie. Zanim jednak młody Marley poleciał do Ameryki, poznał i pokochał Ritę Anderson, która wkrótce została jego żoną. Opuszczeni przez lidera, The Wailers siłą rzeczy zawiesili działaność. Ich przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. W Stanach Bob nie wytrzymał długo. Po ledwie ośmiu miesiącach wrócił na Jamajkę. W kwietniu 1966 z wizytą przyjechał tam król Etiopii, Hajle Selasje I, duchowy przywódca wszystkich rastamanów. W Marleyu coś drgnęło. Zainteresował go i wciągnął ruch Rastafari. W niepamięć poszły dawne sympatie i teksty piosenek opowiadające przygody Rude Boys - miejskich łobuziaków związanych z kulturą ska. Nawet jeśli śpiewał ballady miłosne lub piosenki o codziennym życiu na Jamajce, chodziło mu o coś więcej - w podtekście zawsze znajdowały się wierzenia rastafiariańskie i przesłanie polityczne: zakończenie prześladowań na tle rasowym i oswobodzenie czarnych.
Zażarta walka o pokój
Walczący o pokój szybko stają się bohaterami narodowymi, a nawet - tak jak Dalajlama czy Bob Marley - bohaterami całego świata. Sieją ferment w uporządkowanym społeczeństwie. "Otwórzcie swoje umysły" - mówił Marley - "czy jesteście zadowoleni z tego, co robicie? Czy jesteście zadowoleni ze swojego życia?". The Wailers wznowili działalność. W odnalezieniu własnego, nowego stylu pomógł im genialny producent, Lee "Scratch" Perry i nowa sekcja rytmiczna - bracia Barrett. Młodzi rastamani nie grali już modnego ska ani jej nowszej, spokojniejszej odmiany, rock steady. Ich styl nazywał się reggae. Współpraca z amerykańskim piosenkarzem Johnnym Nashem, dla którego Bob pisał piosenki (dzięki jednej z nich "Stir It Up" Nash wspiął się na pierwsze miejsca amerykańskich list przebojów), zaowocowała wspólną trasą po Europie. Nowi The Wailers zaczęli zdobywać sławę - i to już nie tylko na Jamajce. Dobra passa trwała i nie zanosiło się wcale, że szybko się skończy. Podczas pobytu w Londynie Bob postanowił udać się do Chrisa Blackwella - szefa wytwórni Island. Ten, mimo że zespół nie zdobył jeszcze światowego rozgłosu, zdecydował się na podpisanie kontraktu. Wiele słyszał o Marleyu i Wailersach i wiedział, że są warci promowania. 4000 funtów zaliczki na produkcję płyty pozwoliło na wynajęcie studia, o jakim The Wailers nigdy nawet nie śnili. Pierwsza międzynarodowa płyta "Catch A Fire" przyniosła Bobowi wielką sławę. "To zupełnie nowy rodzaj muzyki z Jamajki" - mówił słynny poeta rastafariański Linton Kwesi Johnson. "Ma inny charakter, inne brzmienie... Ma w sobie rock i soul, bluesa i funk. Wszystko, co może zdobyć publiczność na całym świecie. "
Wybraniec bogów
Zaczął się gorący okres wielkich przebojów, niekończących się tras koncertowych i występów przed stale powiększającymi się audytoriami. Z maleńkiego zespołu z zapomnianego kraju The Wailers stali się mega-gwiazdami. Po wydaniu drugiej przebojowej płyty "Burnin" ze święcącą triumfy grupą rozstał się Bunny Livingston. "Bob zdecydował się grać koncerty dla setek tysięcy ludzi. Reggae to muzyka religijna, a ludzie, szczególnie w Ameryce, nie są przygotowani do jej odbioru" - tłumaczył odejście od zespołu. Za Bunnym poszedł i Peter Tosh. Na ich miejscu znalazła się żeńska grupa wokalna The I-Threes, w której śpiewała również Rita, żona Boba. Piosenkę "Get Up Stand Up" okrzyknięto hymnem wspólnot rastafariańskich, a Boba Marleya - prorokiem rasta. "I Shot The Sheriff" w wykonaniu Erica Claptona zdobyła listy przebojów na całym świecie. Kolejne płyty ("Natty Dread", "Live! " - 1975, "Rastaman Vibration" - 1976) i kolejne piosenki ("No Woman No Cry", "Talkin' Blues") osiągały szczyty. Bob Marley z prowincjonalnego spawacza z niewielkiego kraju Trzeciego Świata stał się międzynarodową gwiazdą. Był nie tylko muzykiem i największym propagatorem reggae, jakiego kiedykolwiek znał świat. Dla Jamajczyków i większości mieszkańców Trzeciego Świata Marley stał się nawet wysłańcem Boga. Sam mówił, że pewnej nocy nadprzyrodzone siły nawiedziły go we śnie i dały mu moc widzenia. Był przerażony odpowiedzialnością, ale wiedział, że nie może zdradzić: "Co i rusz Jah podaje komuś rękę. I mi ją podał..."
Mroczne widmo
"Bob Marley nigdy nie stał po żadnej stronie. Był po stronie każdego. A to zagraża systemowi. " - powiedział kiedyś funkmaster George Clinton. I dlatego ktoś próbował nie dopuścić do jego występu przed całym narodem 5 grudnia 1976 na koncercie "Smile Jamica". Obawiano się jego ogromnej siły - mogącej zjednoczyć społeczeństwo. Kto strzelał? Sprawa do dziś pozostała niewyjaśniona. Jedni mówią, że zamachowcy działali w imieniu prawicowej Partii Ludowo-Narodowej, obawiającej się zamachu stanu, inni, że byli wysłannikami Jamajskiej Partii Pracy niechętnie patrzącej na koncert mający się odbyć pod egidą partii rządzącej. Dość, że zamach nie udał się. Marley, na przekór wszystkim i mimo obrażeń wystąpił na koncercie i porwał naród Jamajki do rytualnego tańca wolności. Nawet ciężko ranna Rita powstała ze szpitalnego łóżka i wystąpiła przed wielotysięcznym tłumem w samej tylko koszuli nocnej. Legenda nie oparła się niczyim interesom politycznym.
Nieśmiertelny
Grupa znów powróciła na trasę koncertową. W Londynie, podczas gry w swoją ukochaną piłkę nożną zranił się w nogę. Nie przeczuwał, że tak drobna rana w przyszłości zaważy na jego życiu. Osłabiony fizycznie Bob Marley pozostał jednak niezłomny duchem. Nie ugiął się nawet, gdy zarzucano mu sprzedanie się, zdradę ideałów i robienie kariery tylko dla pieniędzy. Faktycznie, każda nowa płyta biła kolejne rekordy sprzedaży i coraz dłużej okupowała pierwsze miejsca list przebojów na całym świecie. Tak było i z "Exodus", i z "Kaya". "Mam BMW. Ale tylko dlatego, że BMW znaczy Bob Marley & The Wailers. Niepotrzebny mi drogi samochód." Pieniądze nie zawróciły mu w głowie. Rastamanizm nie zaczął się przejawiać tylko tym, że nosił coraz dłuższe dready i palił gandzię. Jego ofiara dla Jah miała wymiar duchowy. "Bob był sługą Boga. Zawsze to powtarzał" - opowiada jego żona Rita. "Kiedy mówiłam mu: "Bob, jesteś doskonały, jesteś kimś szczególnym", odpowiadał, że jest tylko posłańcem Jah i wykonuje powierzone mu przez niego zadania." Niby niegroźne skaleczenie sprzed dwóch lat przerodziło się w poważną chorobę - rozprzestrzeniającego się po całym ciele raka. Na nic zdały się próby leczenia w najlepszych klinikach świata. Bob Marley zmarł w szpitalu w Miami 11 maja 1981 roku. Dla rastafarian jednak Marley jako prorok nigdy się nie urodził. Nie mógł więc też umrzeć. Jego legenda trwa więc nieprzerwanie.
RASTAFANIZM
Ruch Rastafari posiada trzy wymiary - społeczno-polityczny, kulturowy i religijny - splatające się i oddziałujące na siebie. Doktryny ruchu stworzył Marcus Garvey, który uważany jest za Mojżesza Czarnej Rasy, Mesjasza, nowe wcielenie Chrystusa. Marcus Garvey głosił, że Murzyni muszą wrócić do Afryki, do swej Ziemi Obiecanej. Mówił: "Zwróćcie oczy w stronę Afryki, gdzie koronuje się czarny król". Trzy lata później, w roku 1930 słowo stało się ciałem, Ras Tafari Makkonen koronował się jako Hajle Sellasje I, 225 Cesarz Etiopii, Król Królów i Pan Panów, Zwycięski Lew z Pokolenia Judy. Fakt ten spowodował wzmocnienie pozycji Garveya jako przywódcy ruchu, który zaczął się żywiołowo rozwijać. W ciągu 30 następnych lat rastafarianizm nabrał wymiaru transcendentalnego i został przyjęty nie tylko na Jamajce, ale także przez jamajskie wspólnoty mieszkające poza wyspą, głównie w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Od początku lat 70. Rastafari jako ruch, światopogląd czy filozofia stał się ruchem o charakterze bardziej uniwersalnym. Stał się ideologią czarnych mniejszości zamieszkujących biedne dzielnice Londynu i Birmingham oraz miast USA i Kanady, gdzie wszelkie zdobycze cywilizacyjne, technologiczne i kulturowe nie były przeznaczone dla czarnych. Czarni nie chcieli dłużej być obywatelami drugiej kategorii. Rastafari stało się punktem, w którym mogła skupiać się inna kultura, inny zestaw wartości i samookreśleń. Rozpoczęli wojnę, zmieniając murzyńskość w coś pozytywnego, w naładowaną esencję, broń zarazem śmiercionośną i stosowaną za bożym przyzwoleniem. Ruch Rasta i muzyka reggae stały się symbolem walki z uciskiem i niesprawiedliwością na świecie. Rastamanem zaś może być każdy, biały i czarny, kto tylko uznaje braterstwo ludzi oraz tworzy własną kulturę w ramach pewnej wspólnoty i kto doświadcza ucisku ze strony "babilońskiego" systemu.
tekst opracował Adam Hamerlik na podstawie książki "Reggae-Rastafari" S. Gołaszewskiego
-
|