|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE










Copyright: PiotRAS
|
Muzyka
Sławomir Gołaszewski
Myśląc o muzyce
- bezwiednie nadajemy jej rangę języka. To właśnie ona jest mitem współczesnego
człowieka. W nim żywe osoby spotykają archetypy. Człowiek, sam będąc symbolem,
poprzez muzykę staje się żywy, a świadectwem jego inspiracji staje się życie
jego muzyki. W ten sposób wyznaczony zostaje hermetyczny krąg, w którym
spotykają się artyści, jakich człowiek spotyka na drodze swego życia. Muzyka nie
jest wówczas niczym innym, niż oddychanie tym samym powietrzem. Dopiero później
odnajduje dla siebie metaforę i transcenduje oddech. Staje się czasem
rzeczywistym transformacji „ja” w „ty” i odwrotnie.
Próbując dziś odpowiedzieć na pytanie, jakie działania oraz jakiego rodzaju
aktywność zachowuje resztki owej energii, która od początku świata przekazywana
była z pokolenia na pokolenie w zamkniętych kręgach wtajemniczonych bractw,
zauważyć możemy, że:
1. Inicjacja jest dziś możliwa poza tradycją i szkołą. Jako mieszkańcy globalnej
wioski wszyscy mamy równe szanse w zdobywaniu wiedzy. Owa pauperyzacja stwarza
nowe i różnorodne możliwości interpretacji, dawniej zarezerwowane i ograniczane
przez specjalizacje;
2. Sztuka stała się techniką, a religia - systemem. W ten sposób praktyka
przeszła z poziomu czynienia do poziomu intelektualnej refleksji. Wartość dzieła
ustąpiła miejsca ważności jego możliwości. Przestało być ważne czynienie na
rzecz wiedzy o możliwościach i wiary w możliwości;
3. Każda próba urzeczywistnienia dowolnego projektu jest pytaniem o narzędzia.
Cel działania oraz poziom inspiracji przestają mieć znaczenie.
Jednocześnie niemal wszyscy ci, którzy snują refleksję nad różnymi przejawami
ludzkiej aktywności zgodnym chórem stwierdzają, że kultura końca XX wieku nie
jest propozycją aksjologiczną. Twierdzenie to wydaje się być prawdziwe, ale
tylko w kontekście starego systemu paradygmatów, opartego na europocentryzmie,
antropocentryzmie i innego rodzaju „-izmach”, które doprowadziły tak pojmowaną
cywilizację do tego miejsca, w którym się ona obecnie znajduje i z którego już
nie może zawrócić. Truizmem byłoby wypominanie „cywilizacyjnych grzechów”, choć
wydaje się, że niektóre z zagrożeń zostały zażegnane, inne zaś nas nie dotyczą i
nie dotykają.
Lecz znów pojawiają się nowe pokolenia, które zadają wciąż ważne pytania:
odpowiedzi płynące z najbliższego otoczenia, proste propozycje światopoglądowe
nie są jednak satysfakcjonujące dla tych wszystkich, którzy próbują „zrobić coś
ze swoim życiem”.
Dostrzegając ważność owych pytań próbujemy wyznaczyć obszar spotkania dla
różnych form i rodzajów aktywności wiązanych do niedawna z pojęciami „opozycji”,
„oryginalności”, „sztuczności” czy „kontrkultury”. Proponujemy alternatywę wobec
alternatyw. Bez neofickiego misjonaryzmu chcemy spowodować tylko ujawnienie
możliwości. Sama obecność, bez udawania, jest wystarczającym argumentem na rzecz
„bycia pomiędzy”.
Sztuka dyskredytuje naukę, energia różne przybiera formy. To, co było, wciąż się
staje od nowa na naszych oczach. Próbujemy to śledzić i rejestrować. Zadając
pytania innym i sobie i próbując być nie-razem, lecz nawzajem.
Pośród wielu ciągle używanych słów wiele jest już martwych i pozbawionych
ożywiającego je ducha, mimo, że pozostają w ciągłym ruchu i zachowują
potencjalną zdolność poruszeń. Wiele jest takich, które odbiegły od znaczeń na
tyle, że bardzo mglistymi skojarzeniami karmią wyobraźnię. I są też takie, które
wydając się zapomniane, zachowały ów pierwotny sens, tak bliski, chociaż odległy
- bo niewyrażalny. Nie trzeba już chyba dowodzić, że język też jest
„przedstawieniem”- poprzez pismo, brzmienie głosu i wymowy. Towarzyszące mu
zachowania są mimowiedne, bezwolne i coraz częściej nie towarzyszy im już żadne
przeświadczenie. Choć to właśnie one pozostają głównym i najważniejszym źródłem
informacji.
To, co nabywamy w indywidualnym procesie edukacji, staje się systemem, coraz
bardziej odległym od tego, co znamy i rozpoznajemy jako doświadczenie.
Ono też staje się czymś bezwolnym i mimowiednym.
I coraz częściej brakuje słów dla jego wyrażenia.
Swego czasu w kręgach spirytystów dość popularne były spotkania, na których
media odtwarzały kompozycje sławnych autorów, powstające w zaświatach. Zachowane
do dziś partytury wciąż wzbudzają wątpliwości wśród badaczy i znawców
przedmiotu, wiele bowiem zapisów zostało rozpoznanych jako falsyfikaty.
Z punktu widzenia dzisiejszego artysty, który za swą codzienną praktykę obiera
muzykę, wszystkie istniejące zapisy osiągają zaledwie poziom symboliczny, nie
przekraczając granic i konwencji lokalnych języków. Z jednej strony panuje
bowiem powszechny analfabetyzm, jeżeli chodzi o odczytywanie zapisów nutowych, z
drugiej zaś cały szereg uwarunkowań i przyzwyczajeń, również tych o charakterze
historycznym, pozwala na wygłaszanie apriorycznych opinii na temat przyszłości
muzyki.
Twierdzenie, którym zbulwersował swego czasu opinię wielu środowisk wybitny
polski kompozytor, Krzysztof Penderecki, że nigdy nie będziemy w stanie
partycypować w twórczości Orientu, jest tu znamienitym przykładem. Utożsamienie
rozwoju z postępem sprawia bowiem, że języki stają się przekładalne. Lecz to
wcale nie znaczy, że osiąga się wyższy poziom komunikacji. Informacja tworzy
bowiem sztuczną inteligencję. I choć ta sprawia wrażenie transcendencji, w
rezultacie nie jest niczym więcej, niż systemowym ograniczeniem, niepozbawionym
manichejskich znamion, wzbogaconych o różnie pojmowane oświecenie.
W opowieściach chasydów, zebranych i spisanych przez Martina Bubera, znajdujemy
wiele fragmentów poświęconych muzyce. Muzyka, śpiew i taniec to coś więcej niż
informacja. Zjednoczone tworzą najprostszą z form transcendencji.
Warto jednak zwrócić uwagę, iż mimo swej prostoty nigdy nie została ona opisana.
Jej tradycję przeniosły do naszych czasów kultury archaiczne, określane mianem
pierwotnych. Banalne w swych przejawach, niekiedy wręcz nawet prymitywne,
potrafią zawładnąć umysłami twórców i słuchaczy, w miejsce piękna wprowadzając
kategorię tajemnicy. I choć o gustach nie zwykło się dyskutować - coraz częściej
zadajemy sobie pytanie o powód, dla którego coś się podoba, nie wnikając przy
tym w mechanizmy kultury popularnej i masowej, konsumpcję, merkantylizację i
komercję traktując jako dobry omen postępu.
Zdumiał by się zapewne Mistrz Dobrego Imienia widząc, że siedzibą duchów nie są
już zaświaty, lecz ziemia. Doskonale bowiem wiedział, że dominacja
któregokolwiek z żywiołów czy elementów prowadzi do znieruchomienia.
Konsekwencją teologii „śmierci Boga” jest antropologia zombich, jako próba
opisania kultury ludzkości. Tak jest zawsze, gdy następuje pomieszanie pojęć i
kategorii, gdy za istniejące uznaje się fenomeny i formy, o których istnieniu
zaświadczają przeświadczenia. Istnienie duchów jest dziś przyjmowane
powszechnie, bez konieczności dowodzenia. I czyż nie jest to rzeczywisty postęp
?
Gdyby zrewidować niektóre słowa i pojęcia, jakimi posługujemy się na codzień,
mogłoby się okazać, że mimo upływu lat zachowujemy w sobie pierwotne znaczenia i
sensy, zawarte w intuicji starożytnej mowy. Jej echa potrafią nas dobiegać z
obszarów pogranicza stylu i formy a stamtąd przenikać do potoczności. W taki
właśnie sposób dochodzi do głosu niejedna elita, przekaz swój upubliczniając w
formie języka, który sprawiając wrażenie, że jest powszechnie zrozumiały, ociera
się o Tajemnicę, której ani nie zatrzymuje ani nawet nie dotyka.
Współcześnie jedną z takich Tajemnic wydaje się być MODA. Gdyby poprzestać na
analizie potocznego rozumienia tego słowa oraz jego dawniejszych znaczeń i
sensów, wówczas okazałoby się, że moda w świecie dzisiejszym spełnia funkcję
modlitwy, z modelki/modela czyniąc idola i medium. Ideał staje się w ten sposób
ucieleśniony, aksjologiczna abstrakcja przybiera postać człowieka, stosownie do
jego kształtu i formy. Moda staje się forum politycznej poprawności oraz
światopoglądu Nowej Epoki, a jej wyrazem jest ekspresja, ekstaza i modła.
Modelki uczestniczące w pokazach jeszcze do niedawna uosabiały boginie. Było to
oczywiste zarówno dla uczestników jak i dla kreatorów. Każdy twórca kreacji
próbował się zmierzyć z problemem czasu, nadając swemu dziełu walor
nieprzemijalności. Lecz okazało się że branie na siebie roli kreatora nie
przekracza ram społecznej konwencji, przypisywanej zwykle grze w tego rodzaju
rolach. W drugiej połowie minionego wieku pokazy mody wydawały się spełniać
funkcję obrzędu. Jej aspekt użytkowy wydawał się zaspakajać społeczne potrzeby
dotykania niezwykłości, dawniej niedostępnej. Kreatorzy próbowali przenieść to,
co piękne, w obszary powszechnej użyteczności, wiodącej z jednej strony do
pauperyzacji wartości elitarnych, z drugiej zaś do komercji.
Wrażenie, że to, co piękne, staje się powszechnie dostępne, wydawało się w sobie
mieścić te treści, które uprzednio przypisywano elementarnym potrzebom.
Prezentacja nabrała kreacyjnej mocy tworzenia wibracji, synchronicznie
atakujących zmysły. Pokazy, nierzadko przypominające seanse spirytystyczne,
odbywały się przy muzyce, niedostrzegalnie wpływając na nastrój, klimat i aurę.
Prezentacje zaczęły przypominać przedstawienia teatralne a ich przygotowanie
odbywało się wedle analogicznego scenariusza.
W miarę wzrastania poziomu informacji zwyczaj ten został zażegnany, z wątpliwym
pożytkiem dla dziedziny teatru. Bo choć trudno wyobrazić sobie modę opartą na
scenograficznych elementach Zemsty czy Dziadów, to przecież właśnie na scenie
teatralnej prezentowano zwykle elementy kultury narodowej jako jej media i
symbole. Osobnym miejscem prezentacji mody byty szatnie i halle dostępne
publiczności, przedstawiającej się sobie nawzajem podczas antraktów. Ubiór, a
także sposób jego eksponowania, sprzyjał identyfikacji subkulturowej, stanowiąc
rodzaj uniformu, poprzez który łatwiej było nawiązywać relację do osoby,
albowiem nawet wśród publiczności nikt nie pozostawał anonimowy. Dzisiejsze
pokazy stają się najczęściej pretekstem ujawnienia jakiejś idei. Towarzysząca im
wszechpotężna ignorancja nakazuje postrzegać twórców jako uosobienia abstrakcji,
czego najlepszym przykładem były wizyty w Warszawie kreatorów takich jak Malcom
Mcl aren czy Paco Rąbane. Drugi przybył wprawdzie na promocję swej książki, w
której ujawnia źródła inspiracji, lecz mimo poprawnego tłumaczenia, na przekór
intencjom wydawcy, nie stała się ona czytelniczym przebojem, ani wśród
młodzieży, ani wśród dorosłych. Nie zna1eźli w niej również natchnienia ani
recenzenci, ani dziennikarze, uczestniczący w spotkaniu z autorem. Wydaje się,
że o wiele większe wrażenie wywarł Malcom Mclaren, jako twórca najpoważniejszej,
od czasów kulturowej kontestacji, fali mody.
Upatrując w okresie kontrkultury źródła dla świadomości Nowej Epoki, niepodobna
pominąć wpływu mody, Jej właśnie zawdzięczał swe „wyzwolenie” jazz, stając się
wzorcem i przykładem sztuki trans-kulturowej, dzięki czemu dołączył do kanonu
współczesnej klasyki. Okres ten, zwany również „epoką psychodelii” spowodował
też zdrowy dystans względem XIX-wiecznych ideologii i koncepcji.
Po raz pierwszy w dziejach ludzkości strój & ubiór przestał mieć znaczenie w
systemie ocen i wartości, zarówno w odkryciach antropologii jak i w powszechnej
potoczności.
Głęboko zakorzeniony zwyczaj poszukiwania kulturowej tożsamości stał się
osobistą sprawą każdego poszukiwacza.
To, co proponowała awangarda, znalazło swe odbicie na ulicach. Trudno było
znaleźć powód do zawstydzenia dla swego pochodzenia i rodowodu.
To spowodowało wyłonienie się w kulturze popularnej i masowej nurtu folk,
zwiększyło zainteresowanie bluesem, a na muzycznym rynku pojawił się rock, jako
autonomiczna sztuka (związana z modą), niosąca w swym ogólnym przesłaniu
dotychczas niespotykany światopogląd, ni to religijny, ni naukowy, odwołujący
się do problematyki wartości kulturowych, pomijający autorytety i bazujący na
osobistym doświadczeniu. Każdy z twórców, jeśli tylko miał okazję, zapraszał do
swojego świata tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób skierowali ku niemu
swą uwagę.
Lecz okazywało się powoli, że indywidualność nie tworzy historii na dłużej, niż
tylko przez chwilę.
Artyści bluesowi i folkowi pozostawali anonimowi, ledwo znajdując dla siebie
miejsce w urojonej wspólnocie rocka. I niewiele w tym pomogła moda na elementy
ludowe, przenoszone do współczesnej kultury popularnej i masowej. Jej
potencjalny odbiorca traktował to raczej jako formę fanaberii, tajemniczej
niedostępnej i niezrozumiałej. I choć jednocześnie folk zyskiwał rangę klasyki,
to nie przynosił żadnej wiadomości, poza faktem istnienia kulturowych
mniejszości, których obecności nie trzeba przecież dowodzić.
Istotnym elementem kontestacji, na jaki mało kto zwraca uwagę, było sięgnięcie
po koncepcję czasu, zawartą w tradycyjnej kulturze ludowej. Już nie tylko
miejsce stanowiło o źródle inspiracji, ale czas przewidywany i dany dla praktyki
wiedzy. Nierzadko przy tym okazywało się, że choć przez większość autorytetów i
uczonych traktowany był jako czas miniony, to dla nowopoznających jego ramy
stawał się powodem aktualności doznania. To, co dawne, poprzez walor
tajemniczości, stawało się obecne, żywe i źródłowe.
W ten sposób historia weryfikowała niejako swoją własną mitologię, przestając w
niej szukać aksjologicznych uzasadnień. To, co modne, stało się na wskroś
indywidualne. Z jednej strony przestała obowiązywać wspólnota mody jako
symbolicznego języka przynależności kulturowej, lecz z drugiej okazało się, że
indywidualizm kreuje wspólnotę transcendującą świat informacji, poglądów i idei.
,,Tylko artysta, który wyzbył się siebie, może siebie w pełni zrealizować” -
napisał Henryk Sienkiewicz w zakończeniu opowiadania o rozdartej sośnie.
Powszechny w jego czasach manicheizm nakazywał nazywać poszukiwanie
uniwersalnych wartości poznawczym relatywizmem. I choć analogiczne podejście
wydaje się cechować również wielu spośród współczesnych intelektualistów, to
przecież nikt rozsądny nie będzie już tego traktował poważnie.
Tak, jak o pokazach mody nikt już nie powie, że mają one cokolwiek wspólnego z
teatrem. Taka opcja dominuje na planie kultury popularnej i masowej.
Lecz jeśli podstaw światopoglądu Nowej Epoki zaczniemy upatrywać w drugiej
połowie minionego wieku, okazać się może, że żywe, twórcze, kulturowe wartości
istnieją na obszarach off’u. „Off” to termin używany swego czasu na określenie
kultury czynnej, przenoszonej w naturalną przestrzeń poprzez codzienną praktykę.
Gdzie każda czynność jest rodzajem aktu, dokonywanego nie ze względu na
obserwatora czy widza, lecz z powodu tego, że jest do zrobienia coś, co wymaga
partnerstwa, kontaktu i uczestnictwa. Taką właśnie tradycję pozostawił po sobie
para-teatr. To ostatni z bastionów kultury anonimowej, pozbawiony historii i
opisów. Trudno zatem mówić o tradycji off’u, jako że i dla samych twórców
pozostaje on do dzisiaj nieodgadnioną Tajemnicą. Zgodnie bowiem z jednym z
założeń zachowują oni raczej pamięć poszczególnych aktów, niż ich konsekwencji,
wobec których problem odpowiedzialności ani nie dotyka ram ani nie przekracza
granic konwencji. A zatem nie dochodzi ani do poziomu ogólności, ani nie jest
urzeczywistnieniem jakiejś szczególnej idei, do której mógłby się przywiązać czy
uczepić współczesny światopogląd. Wobec świata dominujących wartości, będących
literacką fikcją i projekcją ich autorów, świat off’u stanowi alternatywę i jako
żywo pozostawać będzie alternatywą.
Co dla jednych jest brzmieniem Nowej Epoki - inni postrzegają jako zagrożenie
podstawowych wartości kulturowych. A są jeszcze i tacy, którzy niezależnie od
źródła poglądów, opinii czy inspiracji wszystko postrzegają jako nowość nazywaj
ją światopoglądem, tendencją lub modą, uzasadniając ją odkryciami współczesnej
nauki. Jakby postęp nie dotykał religii i sztuki. Dla tych płaszczyzną
interpretacji stała się duchowość, odkrywana w miarę uzmysławiania sobie, że w
dzisiejszych czasach nie wystarczają już dla uzasadnienia obrazów współczesnego
świata odkrycia naukowe.
A przecież od początków dziejów świata nauka próbowała uzasadniać istnienie
tego, co duchowe. Echem takiego podejścia są w nauce współczesnej kategorie
ilościowe, gdzie liczba stanowi zarówno o istnieniu jak i o wartości. W takiej
perspektywie wartościowe jest to, co powszechne i masowe. Czy zatem mówiąc o
muzyce Nowej Epoki sytuować ją będziemy pośród komercyjnych dokonań artystów
pop, czy w do dziś istniejącej tradycji jakiejś starożytnej szkoły, zależy tylko
od tego, skąd czerpiemy naszą wiedzę na temat świata muzyki i co nazywamy jej
brzmieniem.
W tradycji kultury europejskiej, zarówno tej wysokiej, elitarnej,
artystyczno-salonowej, jak i plebejskiej, popularnej i ludowej, od czasów
zamierzchłych, aż po barok i oświecenie, muzyka uchodziła za domenę Ducha. Przez
wieki całe dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że dusza człowieka w sposób
najprostszy z możliwych wchodzi w relację z Bogiem za pośrednictwem muzyki.
Muzyką opiekują się aniołowie, zaś archanioły nadają jej kształty i formy.
Przeświadczenie to najpełniejszy swój wyraz odnalazło w kolędzie, która w epoce
romantycznej zyskała uniwersalny wymiar, nawiązując w swych treściach do
sytuacji społecznej i politycznej, jednocząc kulturę niską z kulturą wysoka, w
organiczną całość, respektowaną przez wszystkie środowiska, grupy i warstwy
społeczne.
Przykładem znanym powszechnie jest umieszczenie fragmentu kolędy Lulajże Jezuniu
w Scherzu h-moll przez Chopina. l tak jest do dzisiaj, że każdy artysta, który
poczuwa się do bycia romantykiem, włącza do swego repertuaru kolędę. A i
słuchacze, którzy zwykle na muzykę nie mają czasu, znajdują taką chwilę, by
poświęcić jej swą uwagę przez ten jeden moment w roku, gdy wszystko wokół
zanurza się w dobroci, nadziei i pięknie.
Współcześnie jest to o tyle łatwiejsze, że wydawcy, producenci i media
prześcigają się w ofercie, a ta jest tak bogata, że aż niepodobna ogarnąć
wszystkich propozycji, jakie zjawiają się na rynku fonograficznym. Każda
prezentacja skazana jest zatem na fragmentaryczność, a przykłady stanowią
symbol, dający do myślenia, inspirujący i poszerzający obszar wrażliwości na
obecność Objawienia.
Tym, co szczególnie przykuwa uwagę słuchających jest udział w kolędzie
wszystkich generacji; dzieci, młodzież i dorośli z równym kunsztem i
pieczołowitością podchodzą do tematu. Z jednej strony świadczy to o zniesieniu
podziału na amatorów i zawodowców, z drugiej przywraca właściwe znaczenie słowu
„amator” (w sensie: „miłośnik”). I wreszcie to, co wydaje się być najważniejsze,
a mianowicie relacje w rodzinie pozwalają się ujawnić, odkryć, usłyszeć i
unaocznić. Wzajemna akceptacja upodobań jest pierwszym krokiem na drodze do
rozumienia czym jest gra w społecznych rolach i co komu w duszy gra. „Dobry
mistrz w takim tylko chórze śpiewać lubi, gdzie czuje, że głos własny w
harmoniji gubi”. W harmonii głosów dziecięcych łatwiej się zanurzyć, gdy te nie
pozbawione są ekspresji, frenezji i żywiołowości. A takie są cechy twórczości
ludowej, do niedawna jeszcze wiązane z takimi kategoriami jak blues i jazz.
Więcej mają one wspólnego z dziecięcą ekspresję niż niejeden z kanonów
dzisiejszej mody. I podejrzewam, że chętnie nadstawią ucha i dorośli i młodzież
na to, co pojawia się jako nowe w świecie dźwięków, rytmów i melodii,
jednoczących umysły i serca. Czas się zbliża ku temu odpowiedni i chwila, którą
warto na to poświęcić.
Starożytni filozofowie helleńscy uważali, że gust jest jednym z pośledniejszych
narzędzi partycypacji w pięknie. De gustibus non est disputandum - powtarzali,
gdy przyszło im się oddalić od miejsca artystycznej prezentacji.
I dopiero Boecjusz, u początku wieków średnich wprowadził rozróżnienie na
umiejących partycypować w pięknie i takich, którzy, z różnych powodów Go nie
dostrzegą lub na skutek rozlicznych osobistych zajęć jego objawienie umknie ich
uwadze.
Konsekwencje tego podziału do dziś są takie, że na udział w ceremonii mało kto
może sobie pozwolić, mieszkając poza klasztorem, a i w samym klasztorze wiedzie
się coraz gorzej artystom i śpiewakom.
Monastyrskie raspiewy XVI-XVII wiekow upamiętniające Rożdectwo Christowo
Oto na przykład dobiega nas teraz śpiew z epoki baroku po okresie wielowiekowej
przerwy. Po raz pierwszy od setek lat zostały ugłosowione partytury, jakie
przetrwały wśród ruin współcześnie odbudowanych klasztorów. Czy słuchając owych
śpiewów jesteśmy w stanie wyobrazić sobie „barok”? Lecz jesteśmy w stanie
ogarnąć wyobraźnią wnętrza, gdzie zostały nagrane Monastyrskie raspiewy XVI-XVII
wiekow upamiętniające Rożdectwo Christowo. Prawie pięć kwadransów brzmieniowych
przykładów, jakie trudno ogarnąć wyobraźnią poza miejscem gdzie są prezentowane.
Lecz gdy ktoś słucha ich w innej przestrzeni i w innym czasie niż ten, w jakim
trwały, są one jak znaki, stawiane na drodze do muzyki. Jednych przyciągną by
zachwycić i powstrzymać oddech, a dla innych stanowią relikty kultury, o której
świat zapomniał. I to, że się odradza - to jakaś paradoksalna ciekawostka. Bo
przecież miało być inaczej- a inaczej się stało; To, co zapisane, odzyskało swój
głos i czas, który jest miarą zmiany.
Zachwyt jest narzędziem oczarowania o wiele precyzyjniejszym niż gust. Lecz
trwanie w zachwycie trwa o wiele krócej niż życie. Chyba, że opuści człowieka
jego rozum i duch. Mówił Sokrates, że frygijska melodia doprowadziła do szału
zazdrosnego młodzieńca z Tauromenion, co nie przeszkadzało Platonowi napisać, że
„skala ta ma wyjątkową, „persfazyjną” moc wprowadzania rozwagi, umiaru i
poszanowania prawa”.
Owa paradoksalność wiedzy, pozostawionej w księgach i pismach starożytnych bywa
coraz bardziej zaskakująca. Lista Bharaty, opisująca związek skal muzycznych z
nastrojem, ma bez mała pięć tysięcy lat i co jakiś czas ktoś ją sobie
przypomina. Podobnie jak Emma Kirkby, która reanimowała swoim głosem partytury,
jakie zostały po Hildegardzie z Bingen. W tym przypadku pieśni były nieczynne
prawie tysiąc lat.
Pikkardyjska Tertsja Ogród Anielskich Pieśni
Ta swoista moda na odradzanie się starożytności przypomina nam a tym, że
istnieje świat duchowy, dla którego w nas coraz trudniej znaleźć czas i
przestrzeń w sobie, by tam skierować uwagę na dłużej niż na moment. Tak bowiem
działa muzyka, że albo ogarnia i przenika na wskroś, i wtedy budzi tęsknotę za
ideą, albo zestraja się odpowiednio do, jak pisze Platon en logo de pheromenous,
wpływając na sposób zachowania i wysławiania. Tak oto sposób narzuca „jarzmo
duszy”, a ta, czując porządek, dyscyplinę i kanon nigdy już nie popadnie w
bełkot ani obłąkanie. bo rozumie, że uczestnicząc w pięknie nic więcej nie musi.
Takie bowiem są przymioty i właściwości duszy. Oprócz nich jest jeszcze taki jak
wrażliwość. Zmysł wspólny, działający w połączeniu z intuicją. Najczęstszą racją
jego uzasadnienia jest niewiedza. „Nie wiem, czemu podążam tam, gdzie nic nie
wiem sam”. Przecież nie tylko po wiedzę. I nie przypadkiem trafiam do Ogrodu
Anielskich Pieśni i słucham, jak je śpiewa Pikkardyjska Tertsja. I choć studyjne
wersje odbiegają od tego, co można usłyszeć na koncercie, to przecież niekiedy
wystarczy jeden fragment, by przypomnieć o świecie jakiego oczy już nigdy nie
zobaczą. I wiedzieć, że gdzieś trwa, istnieje i jest świat, wypełniony przez
żywy śpiew. I że istnieć będzie przez czas jakiś jego zapis.
Aż do połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia wszystko, co wiązało się z
określeniem New Age - Nowa Era przyjmowano i uznawano za inspirowane sztuką,
nauką i religią Wschodu. Zmiana opcji, która się wówczas dokonała pod wpływem
kontaktów międzykulturowych może stanowić klauzurę chronologiczną przy próbach
opisania światopoglądu nowej ery. Osobiście wolę ją nazywać Nową Epoką, gdyż
określenie „era” wydaje się sugerować zmienność i cykliczność, zaś tym, co
przynosi rzeczywiście Nowa Epoka są fundamenty kultury budowanej w perspektywie
eschatologicznej.
Świadomość wieczności dotyka od tamtego czasu coraz większej ilości
poszukujących pytań dla wyłaniających się umysłowi obrazów świata. Filozofia
jako metafizyka, w przeciwieństwie do wszystkich innych nauk, jest jedyną, która
oprócz odpowiedzi i propozycji do przyjęcia na wiarę, przynosi również pytania.
Ci, którzy przyjmują kreacjonizm poznającego umysłu mogą zaraz tu dodać, że
pytania pojawią się na płaszczyźnie przez filozofię wyprojektowaną i za przykład
podać scholastykę. Lecz i wówczas muszą przyznać, że jest to dziś dosyć
powszechnie praktykowana metoda, nie tylko pośród dociekań filozoficznych, ale
nawet w potocznych rozmowach. I cóż to znaczy dla filozofa-fenomenologa? Nic
więcej, ponad to, że rozpowszechniona została jakaś szkoła, algorytm rozumowań
oparty o uwarunkowany przebieg myśli. I tak na przykład „odkrywanie Orientu” w
Nowej Epoce przebiega na innych zasadach niż w epokach poprzednich, choćby
poprzez pauperyzację mediów kultury. Doświadczenie dla wielu stało się
informacją: nie ruszając się z miejsca wiedzą lepiej i więcej od drugiego. Ten
aspekt poznania rzeczywiście przynosi ze sobą nowa epoka w wymiarach dotychczas
niespotykalnych ludzkiemu aparatowi poznawczemu.
Rzeczywistość medialna sprzyja alienacji, o czym świadczą historie zakonów i
religii świata.
Poza nielicznymi niewielu tworzyło zakon osobisty. Dwa z popularnych przykładów
przychodzą mi na myśl: BERHANE SELASIE NESTA ROBERT MARLEY oraz NUSRAT FATEH ALI
KHAN, obaj głównie znani jako śpiewacy, którzy dostarczyli medialnemu światu
starożytny przekaz wiedzy duchowej, dostępny dotychczas jedynie nielicznym
wybranym i określany mianem gnozy. Że „gnoza” to „groza” - powszechnie już dziś
wiadomo. Takie znaczenie nazwy przyjmuje na siebie słowo dread, przyniesione
przez muzykę rege, której międzynarodowym ambasadorem był, jest i pozostaje Bob
Marley.
Czy tylko dlatego rege w Polsce stanowiło „zakazany owoc”? W jednym z opracowań
na temat przejawów „nowej ery” w potocznej świadomości uczestników kultury
znalazłem wprawdzie jakąś uwagę na temat rastafarianizmu w Polsce, ale nikt z
naukowców i publicystów nie potraktował jej uważnie. A przecież, jak już tego
dowiódł profesor Wierciński, kultura wchodzi i wnika w zapis genetyczny już po
dwóch pokoleniach. Przyjmując zatem długość cykli pokoleniowych za miarę zmiany
otrzymujemy czas rzeczywisty kulturowej przemiany.
Kolejny z argumentów na rzecz źródeł światopoglądu Nowej Epoki ujawnia się w
powszechnej zmianie poznawczej perspektywy, która, dla ludzkości dokonała się w
połowie lat siedemdziesiątych, zmieniając kierunek intencji działań i praktyk z
„alternatywnych” na „afirmatywne”. Wówczas też zakon osobisty wniknął do
rodziny.
NUSRAT FATEH ALI KHAN przybył do Birmingham z okazji święta, którego zaprzestano
praktykować na wygnaniu. I to właśnie jemu przypadł w udziale zaszczyt śpiewania
Pasji w Ostatnim Kuszeniu Chrystusa - gnoza bezwątpliwa, powszechnie znana i
ceniona, nawet wśród orthodoxów.
Słowo „jazz” zawsze nastręczało trudności w rozumieniu. Choć „dżez” co jest -
każdy widzi, słyszy i wie. Choćby nawet i w telewizji. Albo poprzez fale eteru i
mocą wyobraźni. Dżez to muzyka, grana przez „dżazmenów”: Do niedawna, mówiąc
„dżezmeni”, zwykło się wskazywać Osoby, najpierw znane jako „kompozytorzy
standardów” - a następnie jako twórcy „stylu” czy „szkoły”. Kogo innego
natomiast określano „sukcesorem tradycji” – i „dżez” stał się nauką tajemną, w
tym sensie, w jakim pozostaje do dziś tajemnicą jego źródło - gospel.
Fundamentem tej tradycji jest przeświadczenie, że muzyka jest energią tego
świata i że pomaga światu w jego trwaniu, podtrzymując je w różnych formach
muzycznego spektaklu: od przestrzeni osobistej, jak kołyska - aż po rozbudowane
przestrzenie para-teatru. Elementy tej energii zwykło się nazywać „żywiołami”
podkreślając w recenzjach żywiołowość, spontaniczność i frenezję nagrania lub
występu. I było tak do czasów Coltrane’a, który „zabsolutyzował” pojęcie „jazz”
nie wychodząc poza ramy standardu. absolutyzacja owa polegała na ujawnieniu
przestrzeni w nierozpoznawalnych i niebywałych wymiarach. Jeden z takich
wymiarów określił Coltrane mianem brzmienia - choć częściej mówił, że jest to
Przestrzeń Duchowa, miejsce, ku któremu podąża „śpiewająca dusza”. W wersji
science-fiction zapewne chodziło by o Słońce, więc dlatego niektórzy uważają i
piszą, że Jego muzyka wypełniona jest Ogniem. A ogień to jeden z powszechnie
znanych elementów, wchodzących w zakres symboliki inicjacji. Dlatego zapewne
„fani” Trane'a należeli do ostatnich, którzy w jego muzyce dostrzegli Moc
Inspiracji.
I w tym sensie zachowuje ta muzyka swą moc do dzisiaj - w jakim nie ulega
potocznym opisom. Nawet gdy przy ich próbach odwołamy się bluesa i rozumienia
słowa „soul”.
Większość pojęć, które przyjmujemy bezwiednie za kategorie rozumienia, tak
naprawdę nie ma żadnego znaczenia poza symbolicznym. Rzeczywistość symboliczna
jest obszarem pogranicza pomiędzy tym, co synergetyczne a tym, co wybrane.
Symbol staje się żywy przez to, że podtrzymuje wrażenia w ich trwaniu, sycąc się
energią niezbędną poznaniu i poznawaniu.
Dawniej niewiele wiedziano na temat stanów odmiennej świadomości, albowiem i
odmienność posiadała swe kategorie, w ramach których była badana. Kategorią
porządkującą było pojęcie normy, któremu przyporządkowana została reszta świata.
Póki proces trans-poznawczy był zdrowy i samo poznawanie pozostawało w ramach,
czyli w normie, póty poznający pozostawał zdrowy. Czyli pochłonięty i
uwarunkowany życiem na tyle, że stan choroby przyjmował i pojmował jako
odmienność chwilową. Ze skutków wnioskując o przyczynach odkryto profilaktykę,
która stała się rodzajem głodu, czy wręcz nałogu dla poszukiwaczy normy. Tak
właśnie spośród nauk wyłoniono i wyodrębniono medycynę, której rzeczywisty napęd
stanowiło poszukiwanie Kamienia Fi1ozofów. Wedle Tradycji sporządzony zeń
narkotyk pozwalał na nieustające utrzymywanie w umyśle wizji celu, do którego
dążył poznający. Gdy więc już odkryto zależność i ramy, w jakich poruszała się
odmienność, pojęcie normy stało się PRAWEM, któremu towarzyszyły nakazy i
zakazy. Rozwijająca się medycyna nie mogła nakazać przedmiotu badań i w ten
sposób przestał być nim kamień, a stał się mechanizm. Od tamtych czasów żaden
medyk nie powracał do badań nad kamieniami. Życie zyskało specyficzne ramy i
normy. I trwało tak, dopóki nie odkryto przedmiotu, który nazwano „kamień
nazębny”. A więc jednak postęp, aspekt i żywa forma.
Odmienność powagi w traktowaniu rzeczy i zjawisk sprawia Sztuka.
W niej wszystko nawet może być śmieszne i niezrozumiałe.
I na nic się zdadzą próby wyjaśniania czegokolwiek konsumentom i partycypantom.
Każdy ma własną, głęboko osobistą odmienność w podejściu do tego, co stanowi
powagę lub śmieszność, a co rozum zaleca pod postacią gustu, warunkującego i
zalecającego wybór. Najpierw bowiem jest wybór /np. studiów/, a dopiero potem
wyłania się wybierającemu przedmiot. W sztuce wyborem jest fenomen. W nauce -
kamień lub drzewo, a w ostateczności człowiek. W religii - niebo i światy
duchowe. A w życiu niejeden pozostaje poza wyborem. I nie tylko, że nie ma w
sobie żadnej potencji, to jeszcze na dodatek pozostaje bez szans. Albowiem trwa
tylko w tym, co pamięta i co lubi. Rzeczywistość jest bowiem zamknięta w
poznaniu człowieka. Dlatego możliwość kreuje, animuje i otwiera ten drugi.
Również jako muzyk, malarz czy poeta. Lecz czy jako muzyka, obraz i poezja? Tego
nie wiem. Lecz zapewne są i tacy, którzy na tym poziomie dokonują identyfikacji.
Przedmiotem dla nich jest artefakt, co niekoniecznie znaczy, iż stanowi on
przedmiot dociekań. Przykładem niech tu będzie skierowanie uwagi ku fotografii.
Utrwalony na niej fragment rzeczywistości stanowi zaledwie potencjał obrazu,
niekiedy inspirujący, lecz przecież istniejący inaczej i odmiennie niż ukazuje
to zdjęcie. Które samo w sobie też przedstawia się inaczej każdemu z patrzących,
Muzyka jest miejscem spotkania.
Jest światłem, które się wyłania znad obrazu.
Jest podobieństwem przedmiotu i myśli.
I kształtem brzmienia wyrazu.
Jest światem rzeczywistym, którego spotkanie
jest na wskroś intymnym doznaniem.
Muzyka nie jest stylem czy gatunkiem, lecz stanem doświadczeń praktyki, której
zaawansowanie jest zaangażowaniem, przekraczającym poziom wyznaczony przez
zmysły w ich roli i funkcji poznania.
Jest próbą zadawania pytania bez oczekiwania odpowiedzi.
A zarazem nieustannym odpowiadaniem światu na jego problemy.
I dlatego mówimy, że jest aktualna i trwa w czasie, który zarazem przekracza.
Tego rodzaju działanie zwykło się określać mianem transcendencji.
Muzyka transcenduje miejsce do poziomu słuchacza.
I w tym sensie stanowi przykład tego, co nazywamy twórczym szaleństwem.
Muzyka jako stan umysłu jest czymś więcej niż intuicja czy wyobraźnia. Albo też
zgoła czymś mniej.
Jest grą, w którą jest uwikłane poznawanie świata. I dlatego bywa „przygodą” na
miarę spotkania. Miejsce przygody transcenduje rzeczywistość poza poziom tego,
co osobiste. Transcendencja szuka dla siebie miejsca w muzyce. Czy je odnajduje?
Tego nie można wiedzieć na pewno.
Pozostając w kręgu wrażeń oddajemy się we władanie estetyce. I choć nie należy o
gustach dyskutować, to przecież nigdy ich poziomu nie przekracza rozmowa, jako
próba odpowiedzi na pytania podstawowe.
Choć muzyka sama w sobie też jest przecież próbą dialogu.
W tym sensie jest spotkaniem też.
Mieszkańcy globalnej wioski, nawet jeśli uczestniczą w wielkich problemach
wielkiego świata, to uwagi czynione do siebie na ten temat wypowiadają w języku
różnym od tego, w jakim podawane są komunikaty. Jedność obrazu nie oznacza
jedności rozumienia. Bowiem każdy dokłada tu dziedzictwo pokoleń, skojarzenia
własne i nabyte. Rozumienie nie oznacza umiejętności.
Widzieć to samo to widzieć różnorodność, różne postaci i kształty jako przejawy
i ucieleśnienia tej samej energii.
W dzisiejszym świecie przestaje mieć znaczenie, kto skąd przychodzi. Ważne jest,
kto co może przekazać innemu. Sztuka może kierować w stronę religii, religia
może mobilizować naukę, nauka zmienia i przekształca język i mowę, wprowadza
nieznane przedtem pojęcia, kategorie i sensy.
Mówić własnym językiem, odnaleźć zaginiony śpiew, przypomnieć zatraconą mowę i
znaleźć oparcie poród rzeczy tego świata, nawet wtedy, gdy ujawnią one swą
ukrytą naturę, nawet wtedy, gdy pośród nich przebywać będzie Bóg, podtrzymując
je w trwaniu swym istnieniem.
Zatracona mowa - zaginiony śpiew. Najprostsze czynności przez swą alternatywność
wobec potoczności, która toczy się jak sen.
A więc próbujmy ponownie nauczyć się owego zasypiania i przebudzania,
codziennych najprostszych czynności i niezwykłości, takich jak sztuka i
medytacja. A może raptem ktoś przypomni sobie to, co zapomniane jako pieśń, albo
jakiś odrzucony zwyczaj, z dawna zaniechany, prosty gest czy czynność
nieobyczajną.
Oto wielka ankieta na temat skutków i konsekwencji obecności, na temat
ontologicznych implikacji wobec egzystencjalnych faktów i zdarzeń.
A więc przede wszystkim okoliczności. To nie tylko miejsca wypełnione
obecnością, ale i obszar „obnażenia”, pokaz form i energii, informacja i
komunikat i to, co one niosą. Jednocześnie wyzwanie wobec drugiego, pytanie o
moc i siłę i ciągłe dopominanie się o coś, co będąc pokarmem nie mami zmysłów i
nie zawodzi w potrzebie. Co będąc napojem przynosi spokój i ukojenie. Co będąc
zapachem staje się gestem: jak dotknięcie. Bowiem kultura to uprawa i
uprawnienie. U-prawo-mocnienie nie tyle tego, co własne, co „ja”, co ego, ale
to, co pomiędzy, jak Ja i Ty, albo Ja i drugie Ja, albo Ja będące i Ja chcące
być. U-prawo-mocnić to inaczej u-wiary-godnić. A więc dzielenie się intuicją i
przeświadczeniem. I czego mi tu brak w tym tak pojętym świecie? Harmonii
stworzenia, pieśni początku i końca. I tego, o czym nie wiem, nie mając
pewności, że istnieje.
Źródło to ruch. Niczym nie krępowany. Miejsce pęknięcia. Między tym, co jest, a
tym, co będzie i co się staje.
Pośród istniejących dzieł i dziedzin aktywności najwięcej uwagi skupiają na
sobie te spośród nich, które znajdują odniesienia do czegoś więcej niż „efekt”.
Przedstawienie czy koncert domaga się dopełnienia na płaszczyźnie wartości i
obecności. Scena nie jest jedynym miejscem „dzielenia się” tym, co własne, a
czas „spektaklu” rozciąga się na to, co przedtem i co potem.
Powyższe powody sprawiają, że interesująca jest szczególnie ta sztuka, która
szuka sobie form i obszarów obecności, szuka odbiorców ale także dopomina się o
współtworzenie.
Czynienie i od-czytywanie są jednym i tym samym kierunkiem poszukiwań.
Ważne są więc źródła: te, które wciąż są żywe w inspiracji i te, które
zapomniane dopominają się o pamięć. Nurt „poszukiwań źródłowych w muzyce”
określany niekiedy bywa mianem „folk” i aż dziwne, że tak trudno jest znaleźć
dlań właściwe formy pośród komercyjnych sztuk i popularnych ich form. Bo gdy
gdzieś na świecie triumfy święcą ludowe pieśni z różnych stron, aranżowane przez
specjalistów od kultury popularnej i masowej, jazzmanów i rockersów, u nas
sztuka ludowa wciąż jest czymś, co interesuje tylko specjalistów i profanów.
Posługujemy się na codzień tysiącami pojęć dla opowiedzenia o tym samym. Żyjąc z
tele-video-recordingu pozbawiamy się już nie tylko własnego głosu, ale i
wyobraźni. Świadome przeżycie tego, co się zjawia, jest już dziś niemożliwe bez
słów i bez obrazów.
Rzeczywistość stała się multi-medialna. Akt decyzji i wyboru nie podlega już
rozumowi ni woli. One również stały się martwe - w sensie takim, że „bezpłodne”.
Zamiera to, co staje się nieruchome - i nic na to nie można poradzić.
Lecz przeciw tej wizji wydaje się świadczyć to, co się wyłania: jako żywe, jako
następstwo aktów, jako niespodziewane.
Bo nie szukając da1eko – weźmy pieśń za przykład. I spróbujmy wyśnić ten,
zapomniany już sen Mickiewicza,
(tu powinien nastąpić znany nam skądinąd cytat w formie przypisu, np. Lekcya II,
wtorek, 26 grudnia 1843)
Bo dzięki biofonice na przykład wiemy więcej o właściwościach dźwięku i jego
oddziaływaniu na żywe organizmy, niż może nas o tym poinformować cała dotychczas
istniejąca wiedza duchowa. Choć nie do końca, bo gdy spróbujemy rozpoznać te z
istniejących przekazów starożytnych, które przetrwały do naszych czasów jako
poznawcze techniki, niejednokrotnie okazać się może, że nauka potwierdza
przeświadczenia para-naukowe.
Tak było na przykład w tradycji Rastafara, która przeniosła do współczesności
twierdzenie, że „cywilizacja zaczęła się w Afryce”, co znalazło swe
potwierdzenie we współczesnej antropologii.
Nie przypadkiem wymieniłem tę właśnie tradycję, albowiem wiedza o niej
przeniknęła do obiegów medialnych dzięki muzyce, którą była rege, co sprawia jej
ambasador, Bob Marley. Jej pojawienie się na muzycznym rynku spowodowało
rewolucję mentalną, analogiczną i podobną do tej, jaką wywołało pojawienie się
bluesa i jazzu, a następnie rock'n'rolla i rocka. I gdyby szukać uzasadnienia
dla fenomenu rege w Polsce, można by powiedzieć, że połowa lat siedemdziesiątych
minionego stulecia to szczególny okres, w którym rzeczywistość duchowa zaczyna
się domagać swego ujawnienia i odkrycia.
I myślę, że wiele można by tu podać analogicznych przykładów, szczególnie pośród
sztuk pogranicza, więc zapewne to jest powodem, dla którego tak wielu badaczy i
naukowców właśnie w połowie lat siedemdziesiątych umieszcza początek togo, co
określane bywa jako Nowa Era a i zdarza się, że Bob Marley bywa zaliczany do jej
prekursorów i nazywany Prorokiem Nowej Epoki.
Pojawienie się muzyki rege spowodowało pojawienie się fali określeń, które, na
opisanie muzyki, używane byty w kręgach specjalistycznych i ezoterycznych.
Hipnotyczność oraz różne rodzaje transu, narkotyzm i medytacyjność, obrzędowość
i szamanizm – to zaledwie niektóre z pojęć, wnikających w obieg medialny. A do
tego jeszcze kategorie specjalistyczne, takie jak brzmienie, pulsacja,
przesłanie i sound-system jako miejsce właściwe muzyce. I jednocześnie nowinki
technologiczne, takie jak equalizer czy walkman, a następnie techniki
komputerowe spowodowały, że ekspansja technologii przybrała wymiar niebywały,
taki, że opisanie wybranych aspektów stało się wręcz niewykonalne. To wydaje się
być rytem charakterystycznym dla nowej epoki.
Albowiem, żeby jakąkolwiek zacząć opowieść - trzeba wpierw usłyszeć pytanie.
Inaczej opowieści nie przekraczają ram projekcji, a te odnajdujemy w literaturze
pośród legend i bajek. Ale również pośród komunikatów z naukowych odkryć, w
świecie mistyki i fantazji.
I nie ma już innej możliwości, niż tylko samemu to zobaczyć.
Bo cokolwiek by nie powiedziano o historii - to przecież na bieżąco umyka nam
ona sprzed oczu.
I gdy dla jednych „bangha” czy „goa” będzie zaledwie sezonową modą, to zapewne
będą i tacy, którzy podejmą starania, aby uczynić ją drogą komunikacji, przy
świadomości faktu, iż dostępna będzie nielicznym i tylko tym, którzy podejmą
wysiłek pozostawania z nią w relacji. Poznawczej, emocjonalnej, uczuciowej, na
poziomie przeżyć bądź skojarzeń - jakkolwiek. A jednocześnie z tego, co
osobiste, uczyni Tajemnicę, na miarę jej obecności i świętości.
Więc może sacrum się nie przejawia na poziomie kultury popularnej i masowej? I
zapewne, na poziomie potoczności nie ma nawet takiej kwestii. W nieustającym
cywilizacyjnym szumie i w powszechnym obiegu informacji trudno byłoby się
dopatrzyć jakichkolwiek przejawów transcendencji.
Dlatego coraz częściej mówimy o synchroniczności wybranych przejawów kulturowych
w miejscu chronologii.
Coraz popularniejsze jest też określenie „muzyka świata”, obejmujące swym
zakresem zarówno to, co współczesne jak też i archiwalne nagrania, nierzadko
trafiające na muzyczny rynek w postaci sampli, czyli próbek brzmieniowych,
jakimi się posługują współcześni kompozytorzy. Ta dzisiejsza etnodelia ma
również charakter bajkowy. Przestaje bowiem mieć znaczenie kto w co wierzy i
skąd przychodzi albowiem tym, co naprawdę przyciąga uwagę słuchaczy jest
brzmienie, które staje się rodzajem tęsknoty, rezonującej z głosem serca i wizją
świata, który jeszcze do niedawna wydawał się być jakiś inny, odległy i obcy.
Problemy identyfikacji i kulturowej tożsamości wydają się znikać z poziomu
społecznych relacji.
Wybór wykonawcy dla niejednego będzie oznaczał wejście w rolę wyznawcy. Samo
sięgnięcie po płytę czy po kasetę staje się aktem osobistej odwagi, narażonej na
ocenę przez otoczenie. Albowiem poprzez muzykę nikt nigdy nie jest do końca
samotny.
Dzisiejszy słuchacz jest badaczem osobistej przestrzeni. Pojawiające się w niej
znaczenia i sensy wydają się być uwarunkowane doświadczeniem, tworzącym
fundament dla relacji społecznych. Może dlatego cieszyły się zawsze uznaniem
takie realizacje jak koncerty, podczas których dochodzi do wymiany energii
między wykonawcą a słuchaczem? Wymiana taka, utrwalona poprzez zapis, nie
pozwala na bycie obojętnym względem samego przekazu i dopiero później prowokuje
do rozumienia jego treści.
Jak mówił Bob Marley muzyka najpierw przenika do ciała słuchających, a dopiero
później ujawnia niesione przez siebie sensy, które, gdy dotrą do świadomości
ujawnić mogą wartości dotychczas ignorowane. Tak właśnie przejawia się sacrum w
kulturze masowej i popularnej. Bo tam gdzie jedni potrzebują informacji - innym
wystarcza sama możliwość poznawcza, a co dla jednych będzie aktem - dla innych
będzie zaledwie miarą potencji. A ta, pośród kategorii ilościowych jednych
przywiedzie ku rzeczywistości bajkowej, innych doprowadzi do fantazji, a jeszcze
innych sprowadzi do wspólnoty duchowej, przeżytej i doświadczonej poprzez medium
muzyki. Choć zapewne znajdą się i tacy, którzy niesione przez nią treści odnosić
będą do poziomów abstrakcji, co również stanowić może wyraz transcendencji.
Przykłady muzyki transowej, hip-hop i techno, wydają się tu być argumentem
znaczącym. I gdy lata cale zeszły mi na rozmyślaniu czym jest współczesny folk,
pojawił się krąg niezależnych artystów, producentów i wydawców, tworzących
spośród słuchaczy prawdziwie wolny naród nie tyle fanów, co wyznawców
prezentowanej wizji świata. I zapewne wielu pośród nich kibiców, lecz przecież
są i tacy, którzy doświadczeniem własnym potrafią zaświadczyć o jego istnieniu.
A to potrafi przejawiać się w brzmieniu, do którego dotychczas raczej nie
przywiązywano uwagi.
Nie-uczestniczenie w przemocy jest odkryciem współczesnej antropologii, na
którego rozpowszechnienie media nie znajdują czasu. Oddane żywiołowi ognia - w
eterze znajdują dlań przestrzeń, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się z
powietrzem.
Analogicznie było w poprzedniej epoce, jeśli chodzi o ziemię i wodę.
I może dlatego tak wielu coraz głośniej powtarza, że to już koniec. Dalej nie
sięga wyobraźnia. W myśl bowiem starożytnych koncepcji alchemicznych, gdy
człowiek osiągnie czy zdobędzie władzę w eterze, niejako automatycznie
podporządkowuje sobie inne żywioły. Cóż, siła wyższa.
Nie zwykło się dyskutować o gustach i na tematy światopoglądowe, czyli w co kto
wierzy i co kto wie. Tylko w ten sposób przemoc prze do świata, że wiara jednego
jest nauką a innego sztuką i gotowi są pozabijać jeden drugiego w imię
przeświadczenia swego. Lecz zawsze dotyczy to tylko dwóch i nikogo więcej. Każdy
ma przecież osobiste, ważniejsze sprawy i sprawę najważniejszą - życie.
Więc jeżeli walczą, niech czynią to między sobą, bo przecież nie każdemu jest
dane być wojownikiem, choć każdy bodaj przerabiał przejście taką drogą. Chyba,
że się mylę.
Ale moje podatki idą jednak na utrzymanie wojska i policji. A rząd i tak się sam
wyżywi z rąk naszej pracy i z umysłów nie znajdujących drogi wyjścia z rozpaczy.
Bo przecież nie wszyscy się znaleźli i nie wszyscy się odnajdujemy w Nowej
Epoce.
A poza tym, co z tymi, którzy odeszli? Ilu spotkali po drodze? Zawsze są to
tylko pojedyncze osoby, ich poglądy, idee i przeświadczenia.
Niektóre słowa umarły nie dlatego, że choć wciąż ich używamy to tracimy pamięć
znaczeń, lecz dlatego, że nie ma potrzeby by ich używać dla opisania osobistych
doświadczeń bez narażenia się na głupotę, śmieszność i niezrozumienie w kolejnym
pokoleniu.
Tak się czasem dzieje z dnia na dzień.
Parafrazując to, co śpiewał Bob Marley: „zabijają naszych Proroków - bo nie
służy im pamięć ani ciepło ludzkiego głosu”. Ich słowa odbiegły od znaczeń, a
ich sens nie przywołuje obrazu. Bo weźmy na ten przykład proste słowo lud - i
głos oddajmy Wieszczowi, który prawi, że „człowiek, którego serce nie drga na
słowo z ust - taki człowiek nie jest ludem. Daremno on będzie mięszał się w
tłumie poznają go zaraz, że jest człowiekiem starej epoki”. Bo tym, co nowe,
jest zawsze życie. Niezależnie od tego, jakie przyjmuje formy. „Kto widzi prawdę
i urzeczywistnia ją na ziemi- w takiej chwili czuje się człowiekiem zupełnym”.
Akt Jego jest całkowity.
Jeśli „akt” pojąć jako część „przedstawienia”, pojawi się czas jako miara
zmiany. „Między tym, co przedtem a co później”. Jak tego coraz częściej w naszej
potoczności doświadczamy, „nowe” wciąż jest żywym źródłem, choć nierzadko
nierozpoznanym.
Zasypanym i przytłoczonym przez uprzednią wiedzę, chronologię i nawyk.
Wiem - to inaczej: wierzę, jestem przeświadczony. Nawyk to skutek edukacyjnej
technologii i autorytarnej presji szkoły. To ona ustanawia raczej mur języka niż
obraz ikony.
Ten rodzaj zniewolenia wydaje się dziś nie do przezwyciężenia, póki decyzja nie
ulegnie determinacji. Póki wola nie ujawni się jako żywa. A w ożywieniu tym może
być pomocna muzyka. Jako ta, która trwa - ujawniając swym trwaniem „czwarty
wymiar” miejsce w czasie, gdzie możliwe jest spotkanie i bycie poza czasem.
Kiedyś był zwyczaj, by to nazywać „przed-wieczną-chwilą”.
Bo od niej już tylko krok w ostateczną samotność: w bezruch, w chłód, w ciszę.
Zdarza się, że zachowujemy w pamięci takie właśnie momenty jako podstawę dla
swego światopoglądu. Wówczas życie staje się walką o to, aby ustrzec przed tego
rodzaju doświadczeniem swe najbliższe otoczenie.
Ta walka to przetrwanie - nigdy zaś rodzaj odwetu. Życie życiem z dala od
cywilizacji, która nie przynosi już nic więcej, oprócz rozpaczy. Świadectwo aktu
staje się schronieniem.
Prezentacja - inspiracja - dokumentacja: jak dotąd nie było takiej możliwości
ani okazji. Można więc próbować.
Są takie „techniki” i „sposoby” pracy, które niejako same powodują artystyczny
efekt, skutek, który stać się może „dziełem”; są też i takie działania, które
nastawione na proces - pozwalają innymi drogami dojść do miejsca świadomej
obecności.
Samo ujawnienie tego, co jest, stanowi nieprzewidywalny potencjał, którego
zasoby dadzą się określić jako „energetyczny fundament dla urzeczywistnień
niespodziewanych..
Work-shop jest miejscem wymiany. Ktoś coś daje. Ktoś inny daje coś innego.
Wiedza i zapał, siła i moc, słowo i obraz, i podobieństwo - pośród całej
różnorodności.
Wszyscy znamy sentencję Garveya, o miejscu historii i jej roli w dziejach
przeznaczenia. Choć w obcym języku z dawna i z daleka do nas przybiegła poprzez
media i przez słowa Proroka Rasta, Boba Marleya. Również z dawna i z daleka
przybiegły do nas słowa wypowiadane także w obcym języku, naszego Proroka,
Adama: „Lud, to człowiek - człowiek wolny w duchu” - czyż nie takiego nazwiemy
człowiekiem całkowitym? Jakie wówczas będzie miało znaczenie, czy gra muzykę
folk czy rege, hip-hop, rock czy jazz? I czego słucha? Jeśli muzyka i przekaz
zachowują swą wewnętrzną spójność, wtedy w sercu budzi rezonans mobilizujący do
ruchu. I wtedy nie grozi ani utrata pamięci, ani choroba. Następuje bowiem
owładnięcie przez wszystkie żywe siły życiowe - i nie ma tam już miejsca dla
śmierci. Ona również odchodzi i pogrąża się w historię.
We mgle zapomnienia pogrążyły się słowa, rozproszone w języku. Nawet poezja nie
jest już dzisiaj żywą mową. Dziecko uczące się bezwiednie narastającego
informacyjnego i medialnego bełkotu nie potrafi już wypowiedzieć pierwszego
słowa. Czyż więc dziwi, że pierwszym dźwiękiem na tym świecie jest płacz?
We mgłę historii zapadły obrazy, w mitologie osobiste. Obraz nie jest już
światem. Dziecko uczące się świata nie jest w stanie zadać pytania - gdzież więc
znajdzie odpowiedź ? Jeżeli nikt już nie zna słów ujawniających wiele znaczeń
jako jedno słowo, które jest aktem i żywą mową. Sobie właściwą w obrębie
gatunku. Z właściwie sobie pojętą ignorancją na temat najbliższego otoczenia. I
tego, co dalej. I tego, co później.
Źródło nigdy się nie wyczerpie. Nie ma już takiej możliwości. Albowiem w każdym
miejscu na świecie coraz łatwiej rozpoznać wśród Domowników - gości, a pośród
swoich - obcych. Choć wszyscy wydają się oddychać tym samym powietrzem, wciąż
mają problem: albo z czasem albo z miejscem, szukając sobie dla siebie miejsca w
historii. Porzuciwszy chronologię poddają się chwili, w której nigdy dotychczas
sami nie uczestniczyli, pogrążając się na miarę doświadczeń i osobistych
rozumień, które odgradzają ich drogę do źródeł.
Miara czasu jest miarą Tajemnicy. Ta trwa mimowiednie wśród pokoleń. Tak jak
bezwiednie powtarzane słowa zachowują rytm i urok modlitwy. Niekiedy towarzyszy
im melodia. Lecz to chyba za mało, by nazwać ją pieśnią.
Tak jak Księga, tomik wierszy czy obraz to za mało, by była Poezja-choć bywa nią
rozmowa. Ten rodzaj dialogu, jaki podejmuje człowiek w akcie całkowitym - jest
po prostu nie do podzielenia i w tym sensie stanowi miarę Tajemnicy. Bo choćby
się natężył sposobem sobie znanym i choćby swym umysłem przeniknął istnienie -
to słowa z siebie wydusić nie będzie już w stanie, bo cisza jest Jego
spełnieniem.
A wtedy, choć nie czuje żadnych ze swych zmysłów i w żadnym z ruchów nie ma
podobieństwa, trącając o szaleństwo pogrąża się w rzeczywistość, o której nie
można powiedzieć inaczej nad to, że jest nad-romantyczna.
Nad nimi wizje, obrazy proroków i echa melodii w sercach. Na skałach się stała
swoboda, wyrasta z Krainy Powietrza.
Ona jest źródłem i ludem, baśnią, legendą i pieśnią. Ona jest poza rozumem, jest
bowiem praktyką codzienną, potoczną i bezwiedną.
Swoboda jest aktem życia. Krzyk, płacz, śmiech i westchnienie - jeśli towarzyszy
im intencja - natychmiast następuje wypełnienie. Życie spełnia się w akcie
poczęcia w nim odnajdując natchnienie. Tak jest niezależnie od głoszonego
przeświadczenia, ponieważ to jest powszechnym doświadczeniem.
I bywa, że towarzyszy temu muzyka, o której trudno powiedzieć jaka. Publiczna
czy prywatna, egzotyczna czy tajemna. I tak to trwa, dopóki nie zaczynamy
śpiewać: najpierw bezwiednie, a potem wedle swego rozumienia, na miarę swobody
ducha i jego tchnienia. Oddechu łapanego przez niedomknięte usta.
I bywa, że nikt, poza „ja”, tego nie słucha
- tak bowiem wszechogarniająca jest dziś cisza.
Kraina najczystszego powietrza jest dziś ostatnim z mitów.
ŹRÓDŁO:
http://www.gnosis.art.pl |