|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE










Copyright: PiotRAS
|

I dready stały
się trendy
W
1990 roku postanowiono, iż 6 lutego staje się świętem narodowym na Jamajce.
Właśnie tego dnia, w roku 1945 przyszedł na świat Robert Nesta Marley, człowiek,
który dla ideologii rasta zrobił więcej niż sam Hajle Selassje.
Jeśli dziś rozmawiamy o rastafarianizmie to właśnie dzięki niemu, to on
wprowadził reggae na salony, uczynił tę ideologię trybikiem masowej pop-kultury
i sprawił, że dready stały się trendy. W Etiopii święto rastamanów z okazji 60.
rocznicy urodzin Boba Marleya potrwa cały luty. Planowano nawet z tej okazji
zmienić miejsce pochówku idola, ale ostatecznie uznano, że wystarczającym
Syjonem dla jego ciała będzie ziemia macierzystej Jamajki. Zresztą przenosin nie
życzyłby sobie sam Marley.
Reggae i futbol
Przyszedł na świat 6 lutego 1945 roku jako Robert Nesta Marley, dosyć
przypadkowe dziecko zadurzenia podstarzałego oficera armii brytyjskiej w
jamajskiej wieśniaczce. Szybko przeniósł się do stolicy Jamajki – Kingstone i
zamieszkał w Trenchtown, dzielnicy biedoty. Zarabiał na życie jako spawacz,
jednak już w 1962 roku nagrał swój pierwszy singiel „Judge not”. Rok później
powstało The Wailing Wailers, kapela, której przyszłość (już jako The Wailers)
miała być nierozerwalnie związana z twórczością samego Marleya. W międzyczasie
jednak on sam opuścił zespół i ze świeżo poślubioną żoną Ritą przeniósł się do
Deleware w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował jako m.in. jako kelner i
operator wózka widłowego. Jeszcze tego samego roku, zagrożony poborem do
amerykańskiej armii i niechybnym wyjazdem do Wietnamu wrócił na Jamajkę, w sam
raz by być świadkiem przyjazdu Hajle Selassje, etiopskiego króla, przez
wyznawców rastafarianizmu uznawanego za ziemskie wcielenie Boga – Jah Rastafarai.
Miało to niemały wpływ na twórczość Marleya, który od tej pory wątki ideologii
rasta wplatać miał w niemal każdy stworzony przez siebie utwór muzyczny.
W połowie lat siedemdziesiątych Bob Marley przeniósł się do tzw. „Iland House”,
domu na Hope Road („Droga Nadziei”), który, będąc teoretyczną własnością jego
menadżera Chrisa Blackwella w krótkim czasie stał się ostoją dla dreadmanów
pałętających się po ulicach Kingstone i miejscem, w którym urzeczywistniano plan
podboju świata przez muzykę reggae. Jego najbliższą świtę stanowili owi
dreadmeni, pod przywództwem Alana Skilly Cole'a, byłego piłkarza, których
Babilon (jamajska policja) miała za najgorszych przedstawicieli tzw. Rude Boys
(lokalnych chuliganów), podczas gdy w praktyce byli ... przybocznym zespołem
piłkarskim Marleya, który futbol kochał nie mniej niż samą muzykę. Ta miłość
miała wkrótce przyczynić się do jego śmierci, w międzyczasie jednak Marley
spędzał dnie na komponowaniu utworów w domowym studiu, graniu w piłkę i
ping-ponga, którego uwielbiał ponoć ze względu na rytm bardzo przypominający ...
muzykę reggae.
Historie legendy
Wokół życia Marleya natłoczyło się mnóstwo mitów i „historii-legend”, jakkolwiek
mających wiele do powiedzenia o samym artyście i uwielbieniu, jakim otaczało go
środowisko rastamanów. I tak mówi się o przypadku napadu na niego z bronią w
ręku, gdy wielki Bob tak długo wpatrywał się w oczy napastników, aż ci zmieszani
opuścili domostwo, „wiedzieli bowiem, że są naznaczeni”. W 1978 roku doprowadził
do pojednania dwóch nienawidzących się liderów jamajskich partii, wcześniej zaś
przyczynił się do zażegnania niepokojów społecznych we własnym kraju, dając
koncert pt. „Uśmiechnij się Jamajko”, który odebrany został jako poparcie dla
przemian politycznych w państwie. Marley zaczynał być osobą rozpoznawaną na
całym świecie – niestety, wkrótce potem z niego odszedł.
Przyczyną była wspomniana miłość do piłki nożnej i niegroźne z pozoru
zadraśnięcie dużego palca u nogi, które (nieleczone) doprowadziło do gangreny i
spóźnionej (niestety) amputacji rzeczonego palca. Marley, wierny bzdurnej
zasadzie równości ludzkiego ciała i otaczającej go natury początkowo naiwnie
liczył, iż wyleczy się sam, niestety rak nie uznawał żadnych ideologii i bez
pardonu zaatakował komórki płuc, żołądka – o guzie mózgu nawet nie wspominając.
23 września 1980 roku odbył się ostatni koncert Boba Marleya i The Wailers,
którego koniec dziennikarz Stephen Davis opisał w te słowa: Po kilku minutach
niezwykle entuzjastycznego i żywiołowego aplauzu, "Wailersi" ponownie zjawili
się przed publicznością. Bob sam z gitarą przedstawił "Redemption Song". Na
zapleczu sceny [...] w chwili zapanował nastrój chwytający za serca, niektórzy
płakali. Tę część koncertu zakończyły utwory "Comming From The Cold" i "Could
You Be Loved". Zespół opuścił scenę, lecz Bob chciał grać jeszcze. Tak więc
wrócili i zagrali "Is This Love" i "Work". To był ostatni utwór, jaki
przedstawił na scenie Bob Marley. Lekarze dawali mu dwa-trzy tygodnie życia,
przeżył jednak 8 miesięcy, ostatecznie wydając ducha 11 maja 1981 roku. Odszedł
Potomek Lwa, wielki Jamajczyk, pośrednio odpowiedzialny za popularność imprez
reaggowych, dubowych i sound-systemowych w Twoim mieście.
Ikona reggae-kultury
Nie dane było mu jednak spoczywać w pokoju. Dziś, 24 lat po jego śmierci bliscy
i dalecy przyczynili się do stworzenia marki o nazwie „Bob Marley”, do której
przyspawali się producenci koszulek, bibułek do tytoniu, plakatów, pokryw do
toalety i innych podobnej maści gadżetów z „zamyślonym” bądź „szczęśliwym Bobem
Marleyem”, za każdym jednak razem niebotycznie zjaranym marihuaną. Za
rastafarianki mają się dziś nawet niepokorne czternastolatki, które, będąc
wegetariankami, zawsze wybierają mniejszego kotleta, a z domowych ścian
obowiązkowo spogląda na nie Robert Nestor - „szczęśliwy” bądź „zamyślony”.
Pamięć o nim szarga nawet żona, niegdyś członkini wokalnego trio wspomagającego
zespół na koncertach, która próbowała przed uroczystościami obchodów 60.-lecia
urodzin słynnego męża przeforsować pomysł przeniesienia jego zwłok do Ziemi
Obiecanej - Syjonu, za taki uważają bowiem rastafarianie teren Etiopii - miejsce
narodzin wielkiego Hajle Selessje, Ras Tafarai. Dopiero zdecydowany sprzeciw
władz Jamajki i uwielbiających muzyka mieszkańców wyspy wywołał w Ricie Marley
nawrót myśli państwowo-patriotycznych. On sam pod koniec życia zdążył
rozczarować się skłóconą Afryką i nigdy nie wspominał, aby zależało mu na
pochówku w Etiopii. „Nie, nie jestem religijny. Jestem kim jestem - jestem
rastamanem. Więc to nie jest religia - to życie” - mówił.
Marley się nigdzie nie rusza, co cieszy zapewne mieszkańców Jamajki, rokrocznie
odwiedzanej przez setki tysięcy pielgrzymujących do Kingston rastafarian z
całego świata. Trochę szkoda, ale i tak spodziewamy się pół miliona
pielgrzymujących rastafarian – mówią organizatorzy etiopskich uroczystości. Ale
to naturalne, tak jak marihuana.
glosny 2005-02-04 |