|
START


MUZYKA





RASTA i REGGAE







BOB MARLEY





INNE










Copyright: PiotRAS |

Polak na zielonej trawce.
Marihuana - modna i niebezpieczna.
MARIUSZ CZUBAJ
Jej zapach unosi się wszędzie.
Palą ją hiphopowcy, gimnazjaliści, klubowicze, wolne zawody, a coraz częściej
sięgają po nią Polacy w średnim wieku, z dobrą pracą i niezłymi pieniędzmi.
Marihuana – czy jak kto woli: trawka, ziele, stuff, ganja, towar – stała się
najmodniejszą ponadpokoleniową używką. Wyjścia są dwa: albo ją zalegalizować,
albo przestrzegać zakazu. Najgorsze jest – jak u nas – przymykanie oczu.
Klub Tango w centrum Warszawy. W środku w modnie urządzonym lokalu na dwóch
poziomach impreza z udziałem znanych aktorów, biznesmenów i ich dzieci. O
statusie gości świadczą ustawione pod klubem auta. Kończy się część oficjalna: –
No to kto ma ochotę zajarać, mam supertowar – odzywa się, bez specjalnego
skrępowania, 20-letni młodzieniec o nazwisku pojawiającym się w każdym rankingu
najbogatszych Polaków. – Piotrek uczył się w prywatnych szkołach na Zachodzie,
niedawno wrócił, ale zdążył się już zorientować, że teraz trawka jest i u nas
trendy – tłumaczy jeden z jego znajomych. – To takie świadectwo luzu i pokaz, że
wszystko mi wolno.
Podobne obrazki obserwować można w liceach i to tych, gdzie uczy się młoda
elita. – Na balangach poza szkołą pali się regularnie, ale bywa, że ktoś nawet
na studniówce pociągnie z fify – wyznaje jeden z uczniów. – Co z tego, że w
szkole jest ochrona, skoro sami handlujemy. Jak chcę coś kupić, idę do kolegi.
Nie będzie chciał o tym rozmawiać, więc powiem tylko, że to syn kogoś, kto
często bywa wymieniany w związku z aferą Rywina. Na pytanie, skąd taki pęd do
dilerki wśród elitarnej młodzieży, licealista odpowiada: – Zaczął brać towar dla
siebie, to i zaczął kupować dla znajomych. To też sposób, by wyróżnić się w
środowisku, gdzie każdy ma wszystko. Chociaż nie – zastanawia się chwilę – on
właściwie nie ma rodziców, bo muszą pilnować swoich stołków.
Aromatyczny dymek dotarł też do
telewizji.
– W branży rozrywkowej schodzi mnóstwo tego towaru. Marihuana stała się bardzo
popularna, bo mniej szkodzi niż wóda, nie masz też po niej kaca ani depresyjnego
zejścia jak po amfetaminie – wyznaje jedna z popularnych prezenterek prowadząca
talk-show. – Argumentacje bywają rozmaite: jedni mówią, że trawka obniża u nich
poziom stresu i daje niezbędny luz, ale są i tacy, co będą ci wmawiać, że po
skręcie powiększają się źrenice i lepiej się wygląda na ekranie.
Chęć wyluzowania się, tęsknota za łagodnym odlotem po stresującej pracy i
pokusa, by czas, wypełniony od rana do wieczora spotkaniami w pośpiechu, zaczął
płynąć wolniej, sprawiają, że marihuana ma wzięcie w przemyśle rozrywkowym. Dla
szerokiej klienteli działa cały nowoczesny przemysł marihuanowy. – Ogłaszam się
głównie przez Internet. Relacje twarzą w twarz nie są już potrzebne, wielu woli
taką dyskretną wymianę usług – mówi właściciel sklepu z akcesoriami do palenia.
W sieci jest rzeczywiście masa ogłoszeń dla wielbicieli ziela. – Sam towar nie
jest drogi. Gram kosztuje 30–40 zł, można za to wydać majątek na gadżety. W
sprzedaży są rozmaite fifki (przebojem są te z żaroodpornego szkła ze szlifami
na łączeniach), młynki do rozdrabniania ziółek, wreszcie cała galeria bibułek
zapachowo-smakowych w rozmaite wzory oraz naturalne liście tytoniu służące do
zwijania bluntów, czyli skrętów koszulki z listkiem czy fajki wodne.
Polska pachnąca konopią
Cena towaru sprawia, że mogą po niego sięgnąć w zasadzie wszyscy. Marihuana jest
tym samym używką egalitarną, tym też można tłumaczyć jej popularność. – Z jednej
strony krążą legendy o posłach lubiących zapalić, choć ja z nimi nie miałem
kontaktu, z drugiej klasyczną klientelą są osiedlowe małolaty – tłumaczy
internetowy sprzedawca. W istocie: coraz częściej spotkać możemy zarówno vipa na
haju jak i blokersa zaopatrującego się pod multipleksem czy w kawiarence
internetowej.
– Mam 15 lat, mj [skrót od mary jane – jeszcze jednego slangowego określenia
marihuany – red.] jaram od pół roku – opowiada Banan z warszawskiego Ursynowa. –
Pewnego dnia kupiłem od kolegi w szkole trochę materiału. Zresztą kiepski był:
suchy jak proszek i pełno łodyg w środku. Ale przeszło mi. Pamiętam, przyszli
kumple, a ja cały czas się śmiałem. Banan lubi przypalić sam, bo nie trzeba się
dzielić, a poza tym czuje się wtedy sam ze sobą dobrze. – Czy będę jarał za 10
lat? – zastanawia się młody blokers. – A bo ja wiem? Nie mam pojęcia, co będzie,
może nic już nie będzie.
Statystyki potwierdzają, że Polacy coraz chętniej sięgają po marihuanę. Badania
prowadzone w 2000 r. przez Instytut Spraw Publicznych dowodzą, że 13–14-latkowie
coraz częściej eksperymentują z używkami. Co dziesiąty gimnazjalista (a w
miastach – co szósty) przyznawał się do kontaktów z narkotykami, głównie
marihuaną, co trzeci robił to nie tylko okazjonalnie. Bardziej kompleksowe
badania Krajowego Biura Przeciwdziałania Narkomanii dowodzą, że co dziesiąty
młody Polak (do 24 lat) używał narkotyków w ciągu ostatniego roku. I znów
najpopularniejsza jest marihuana: kontakt z nią mieli cztery razy częściej niż z
– następną na liście narkotykowych hitów – amfetaminą.
Trawka okazuje się przy tym rozrywką wielkomiejską: aż 48 proc. młodych
warszawiaków deklarowało w 2000 r. jej okazjonalne palenie, gdy pięć lat
wcześniej – 38 proc. Przyrost jest więc ogromny i dający do myślenia. Statystyki
wskazywały też na nowe zjawisko: oto coraz częściej po skręta sięgają ludzie w
średnim wieku (35–44 lata). W stolicy pali około 18 proc. z tej grupy, pięć lat
wcześniej palił tylko co dziesiąty.
– Poszerzanie się kręgu amatorów marihuany jest wynikiem nie tylko łatwiejszej
niż kilka lat wcześniej dostępności narkotyku – mówi prof. Wojciech Burszta,
antropolog kultury ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. – Wzrost liczby
palaczy wiąże się z przemianami kultury i sfery wyobrażeń społecznych.
Współczesna kultura popularna jest kulturą przyzwolenia, nie zaś restrykcji i to
widać po naszym stosunku do miękkich używek.
Nie różnimy się specjalnie od innych mieszkańców kontynentu. Zapach marihuany
krąży nad Europą: aż 15 proc. nastolatków, uczestniczących w 1999 r. w
europejskim badaniu dotyczącym używania alkoholu i narkotyków, stwierdziło, że
„zażywanie narkotyków od czasu do czasu nie niesie żadnego ryzyka”. Cztery lata
wcześniej uznało tak 10 proc. Podobne wnioski płyną z raportów UE: co najmniej
45 mln obywateli Unii spróbowało marihuany przynajmniej raz. W ciągu ostatnich
dziesięciu lat w wielu krajach Europy liczba osób przyznających się do palenia
podwoiła się.
Mit ponadpokoleniowy
Dzieje cannabis indica, czyli konopi indyjskich, sięgają na Starym Kontynencie
zamierzchłych czasów. W XVI i XVII w. na przykład karano grzywną ziemian, którzy
nie chcieli tej rośliny uprawiać. Konopie były bowiem wykorzystywane do
produkcji ubrań, ale przede wszystkim do wyrobu lin okrętowych. XIX w. to z
kolei czas dyskusji nad medycznymi właściwościami marihuany, inspirowanych
wiedzą starożytnych lekarzy ze Wschodu. Dziś marihuana stała się właściwie mitem
kultury popularnej. Stała się elementem mody, śpiewa się o niej piosenki, pisze
książki o bohaterach doświadczających „odlotu”, rysuje w podobnym duchu
utrzymane komiksy. – Co ważne – podkreśla prof. Burszta – trawka jest używką
ponadpokoleniową, zupełnie inaczej niż na przykład ecstasy rozprowadzane wśród
młodzieży po klubach albo barbiturany, które zażywała generacja dzieci-kwiatów.
I rzeczywiście: po ziele sięgają dziś pionierzy hipisowskiej kontrkultury i
zafascynowani hip hopem gimnazjaliści. Ci pierwsi pamiętają rockowe standardy
lat 60. poświęcone trawce: „Rainy Day Women” Boba Dylana czy „I Want To Take You
Higher” w wykonaniu Sly&The Family Stone. Młodzi na pewno słyszeli, jak sławna
hiphopowa formacja Cypress Hill śpiewa „I Want You Get High”. O nadziejach,
związanych z trawką w heroicznych czasach hipisowskich, pisał Czesław Miłosz w
„Widzeniach nad Zatoką San Francisco”: „(...) zaciętość, z jaką w ciągu
wszystkich lat 60. policja ścigała marihuanę, miała cechy obsesyjne. (...)
Przeszukiwanie kieszeni, kajdanki, wyroki, więzienia można wyjaśnić tylko
poczuciem zagrożenia przez »inne«, i nie bez powodu. (...) Być może nową erę
ludzkości – dodawał noblista – otwierają nie bronie atomowe i podróże
międzyplanetarne, ale psychodelic drugs jako zapowiedź masowych demokratycznych
środków przeciwko nudzie”.
Głównym
orędownikiem marihuany stał się jamajski śpiewak reggae Bob Marley. Nie
przypadkiem renesans jego popularności zbiegł się ze szczytem popularności
trawki. Tyle że dla Marleya, jak dla każdego wyznawcy religii rastafariańskiej,
palenie konopi było kwestią rytualną: marihuana dla rastafarian to ziele
mądrości i dar Boga. Nic więc dziwnego, że piosenkarz nawoływał: „Niech
zalegalizują marihuanę tu na słodkiej Jamajce/Ona leczy astmę a ja jestem
doktorem z buszu/Niech zalegalizują marihuanę tu na słodkiej Jamajce/Ona uzdrowi
gospodarkę i wyzwoli z niewolniczej mentalności”. W podobnym tonie śpiewał inny
klasyk reggae Peter Tosh w piosence „Legalize It”, której tytuł stał się hasłem
wszystkich zwolenników legalizacji trawy.
„Legalize It” śpiewa dziś także
reaktywowana Brygada Kryzys. Robert Brylewski – współtwórca tego jednego z
najważniejszych zespołów w historii polskiego rocka, wielokrotnie publicznie
podkreślał, że jest długoletnim, regularnym palaczem marihuany. „Zawsze paliłem
dużo marihuany, wszyscy o tym wiedzą – mówił Mikołajowi Lizutowi w wywiadzie
zamieszczonym w książce „Punk Rock Later”. – Twierdzę jednak, że nigdy nie miało
to złego wpływu na moją pracę jako muzyka”. Świadectwem tych przekonań jest
choćby piosenka „Ganja” z legendarnej pierwszej płyty Brygady Kryzys. Kilka lat
później, w 1985 r., nowy zespół Brylewskiego grający reggae – Izrael – nagrał
płytę „Nabij faję”.
Dla naszych weteranów boomu rockowego palenie marihuany było formą walki z
Babilonem i jego represyjnym systemem: „Po joincie ludzie przestają się bać,
rozkaz staje się śmieszny. Do utrzymania posłuszeństwa dobra jest wódka, a nie
trawa” – mówił kiedyś Krzysztof Grabowski, wokalista punkowego Dezertera. W 1993
r. krucjatę w sprawie legalizacji ziela podjął Piotr Klatt, lider rockowych Róż
Europy.
– Dlaczego marihuana jest taka popularna? Między innymi dlatego, że pozwala
oderwać się od tej beznadziejnej rzeczywistości, daje luz i relaks – mówi Wujek
Samo Zło, jedna z tych postaci na hiphopowej scenie, która darzona jest
szczególnym szacunkiem. Hiphopowcom nie chodzi już o burzenie systemu, ale
ucieczkę z blokowiska, zwalczanie nudy.
Polskie piosenki o marihuanie układają się w swoistą historię: oto od buntu i
walki z rzeczywistością przeszliśmy do fazy ucieczki przed nią. A dla większości
palenie stało się kwestią zwyczajnej mody: joint, czyli skręt, to po prostu
jeszcze jeden towar, który trzeba mieć, by być w towarzyskim obiegu.
Trawka wkroczyła także do polskiego komiksu i literatury. Palą ją z upodobaniem
bohaterowie obrazkowego „Osiedla Swoboda” Michała Śledzińskiego. Bohaterowie
komiksu przesiadują na ławce, piją piwo, palą jointa za jointem i dyskutują o
życiu.
Rodzice głównej postaci, Smutnego, narzekają, że syn nic nie zarabia, jego
przyjaciel Niedźwiedź nie potrafi przekonać do siebie kolejnych pracodawców,
obaj więc imają się osobliwych zajęć: pracują w kostnicy (gdzie podpalają
nieboszczyka), kopią groby, są sanitariuszami podczas meczu piłkarskiego. Ich
kompan – Szopa – zajmuje się sprzedażą narkotyków, co prowadzi do nie lada
kłopotów, gdy o wpływy na osiedlu zaczynają rywalizować gangi niejakich Parówy i
Bekona.
Bohaterów „Osiedla Swoboda” dopadła logika kapitalistycznego wykluczenia, jak
powiedziałby wybitny historyk kultury Norbert Elias. I aby sprostać jakoś temu
absurdowi egzystencji, trzeba sięgnąć po środki zaradcze: a towar jest właśnie
pod ręką. W podobny sposób reagują bohaterowie powieści Michała Olszewskiego „Do
Amsterdamu”: żyją na prowincji bez widoków na przyszłość, zajmują się drobną
dilerką, ale tak naprawdę marzą o mitycznym dla nich Amsterdamie: krainie
wolności, gdzie w coffee-shopach można legalnie kupić marihuanę.
Joint venture
Niedawno niezwykle wysokiej jakości trawką zarzucono kluby, bary, wdzięcznymi
nabywcami towaru okazali się także żołnierze odbywający zasadniczą służbę
wojskową. Jakież było zdumienie policjantów z Centralnego Biura Śledczego, gdy
okazało się, że jedna z największych i najnowocześniejszych plantacji marihuany
w Europie znajduje się w Bydgoszczy. Rośliny nawożono specjalnymi preparatami, a
ich wzrost – to też znak czasów – kontrolowany był komputerowo. Okazało się, że
plantację założyli Holendrzy, a policjanci przypuszczają, że na tej jednej się
nie kończy. – Holenderscy bossowie od konopi indyjskich dobrze wiedzą, że Polska
to znakomite miejsce do robienia interesów – mówi oficer z CBŚ. – Wprawdzie nasi
gangsterzy są nieokrzesani, ale Polska to jeden z najlepszych rynków marihuany w
Europie.
Przypadek bydgoski chętnie wykorzystują zarówno rygoryści bez cienia tolerancji
dla palaczy jak i zwolennicy legalizacji. Ci drudzy twierdzą, że liberalne
przepisy powstrzymałyby rozwijający się u nas narkobiznes na międzynarodową
skalę. W chwili obecnej w Polsce obowiązuje ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii
z 1997 r. (z uzupełnieniami z 2000 r.) określająca, że kto wbrew jej przepisom
posiada środki odurzające bądź psychotropowe, podlega karze pozbawienia wolności
do 3 lat. Kara ta, dodajmy, może być mniejsza (w przypadkach – jak mówi się w
ustawie – „mniejszej wagi”) lub podwyższona do 5 lat w wypadku posiadania
niesprecyzowanej „znacznej ilości”. Dodać trzeba, że podobnie nieprecyzyjne
zapisy są polską specjalnością; spotyka się je w prawodawstwie większości krajów
Unii Europejskiej, gdzie szczegółowo zajmują się nimi – już podczas rozpraw –
sądy.
Ogółem w 2002 r. ujawniono w Polsce ponad 36 tys. przestępstw narkotykowych –
prawie 7 tys. więcej niż w roku 2001.
Problem z marihuaną polega na tym, że jest narkotykiem miękkim: nie powoduje
kaca jak wódka i nie upadla jak heroina. Należy do sfery wyobrażeń społecznych,
a gdzie wyobraźnia, tam i emocje górujące często nad rozsądkiem.
Zarówno więc zwolennicy jak i przeciwnicy marihuany szukają ostatecznego,
nokautującego drugą stronę argumentu. Przeciwnicy wskazują na wyniki
amerykańskich badań dowodzących, że marihuana sprzyja chorobom układu
oddechowego o wiele bardziej niż tytoń (zawiera o wiele więcej ciał smolistych),
a także że jej regularne stosowanie prowadzi do uzależnienia w takim samym
stopniu jak narkotyki twarde. Zwolennicy legalizacji przekonują, że tak zwana
teoria eskalacji (jej zwolennikiem był m.in. Marek Kotański) głosząca, że
marihuana stanowi pierwszy etap, po którym sięga się po twarde środki, nie
znajduje naukowego potwierdzenia. Wskazują także na to, że marihuana jest
środkiem uśmierzającym ból, zalecanym m.in. przy stwardnieniu rozsianym i
jaskrze, a na potwierdzenie podają przykład Holandii, gdzie trawkę wprowadzono
niedawno do aptek.

Niewiele jest argumentów
podzielanych przez obie strony. Wprawdzie i zwolennicy, i przeciwnicy przyznają,
że marihuany nie sposób przedawkować śmiertelnie, a regularne używanie wywołuje
syndrom amotywacyjny (apatię, zmęczenie, zobojętnienie) oraz przyczynia się do
kłopotów z zapamiętywaniem i koncentracją, ale tych punktów wspólnych jest
niewiele. Już kwestia, czy marihuana wywołuje psychozę, dzieli środowisko
medyczne i to od końca XIX w. Część lekarzy twierdzi, że często dzieje się tak
przy regularnym paleniu trawki, inni uważają, że zdarza się to tylko w
przypadkach osób podatnych na takie stany psychiczne.
Albo, albo
Mity kultury (a marihuana jest takim mitem) trudno poddają się weryfikacji także
i dlatego, że próbuje się ukryć bądź pominąć fakty niewygodne. Legalizatorzy nie
wspominają jakoś, że w tejże liberalnej Holandii około 40 proc. społeczeństwa to
przeciwnicy legalizacji, a około
80 proc. samorządów nie chce mieć na swoim terenie coffee-shopów. Z kolei
rygoryści nie chcieli przyjąć do wiadomości raportu Światowej Organizacji
Zdrowia (WHO) z połowy lat 90. wskazującego, że zażywanie trawki jest mniej
szkodliwe od alkoholu i tytoniu. Raport wówczas zresztą utajniono w obawie przed
rozplenieniem się narkomanii.
Tymczasem trzeba wybrać między zakazem a legalizacją. Najgorsza jest taktyka (w
Holandii zwana gedogen) polegająca na przymykaniu oka na istniejące zjawisko, bo
takie postępowanie to oznaka hipokryzji sprzyjająca społecznemu rozchwianiu.
Jeśli więc chcemy postępować liberalnie, to pamiętajmy choćby o tym, że to co
legalne, nie zawsze jest nieszkodliwe. A raz uruchomione koło zamachowe
przemysłu i reklamy jest nie do zatrzymania, co widać na przykładzie tytoniu i
alkoholu. Skuteczność marihuany jako środka leczniczego też nie może być
argumentem rozstrzygającym legalizację. Pod koniec XIX w. zaczęto masową
produkcję kokainy jako środka znieczulającego przy operacjach oczu i przy
zabiegach dentystycznych, dramat zaczął się, gdy koka wypełzła na ulice wielkich
miast. Pouczający jest tu też przypadek heroiny, która powstała w 1897 r. w
laboratoriach koncernu Bayera jako środek przeciwbólowy.
Mocniej w obronie legalizacji przemawiają argumenty natury ekonomicznej, prawnej
i wychowawczej: dostępność marihuany w zgodzie z prawem będzie ciosem dla mafii
narkotykowych, może przynieść, jak w Holandii, pieniądze do budżetu państwa, a
także odstręczy młodzież od narkotyków twardych. Nic tu jednak nie jest takie
proste, o czym przekonuje właśnie holenderski przykład. Jak podaje Interpol,
Amsterdam stał się rajem dla dilerów z całego świata, a spożycie heroiny wcale w
Holandii nie zmalało.
Ale największy problem tkwi jednak w tym, że legalizacja wymaga precyzyjnego
współdziałania rozmaitych instytucji, o czym nasze schorzałe państwo może tylko
pomarzyć. W Holandii istnieje instytucja Hausdealera, która – za wiedzą i pod
nadzorem władz – sprzedaje używki miękkie. Pod specjalnym nadzorem w Belgii są z
kolei dyskoteki, kluby młodzieżowe, kina, bo mimo wprowadzonej w tym kraju
ostatnio legalizacji marihuany jej używanie w miejscach przeznaczonych dla
młodych ludzi jest karalne.
Liberalizacja jest związana nie tylko z systemem nadzoru, ale także edukacją
oraz pomocą medyczną. Leczenie uzależnionych jest w wielu krajach alternatywą
dla kary więzienia. We Francji, w przypadku pomyślnych efektów leczenia,
prokurator nie może wnieść aktu oskarżenia. W Hiszpanii istnieje możliwość
warunkowego umorzenia kary, jeśli oskarżony wykaże, że zerwał z nałogiem lub
poddaje się leczeniu. Z przepisu tego można skorzystać jednak tylko raz. Zasada
„leczyć zamiast karać” stosowana jest także w Niemczech. Chroniczna zapaść
polskiej służby zdrowia daje niewielkie nadzieje, że program taki dałoby się u
nas szybko wdrożyć.
Jakkolwiek więc hasło liberalizacji brzmi modnie, efektownie i wydaje się być w
zgodzie z duchem demokracji, warto dwa razy pomyśleć, nim wykona się krok w tym
kierunku, bo późniejszy odwrót będzie znacznie trudniejszy. Z kolei zwolennicy
zakazu posiadania trawki powinni pamiętać, że między penalizacją a
represyjnością jest zasadnicza różnica.
Warto więc choćby dyskutować o pomysłach takich jak w Wielkiej Brytanii, gdzie
policja propagowała ideę „three strikes and you’re out”. Program „trzy strzały i
odpadasz” miałby polegać na tym, że przy pierwszych dwóch wpadkach amatorowi
marihuany konfiskowano by towar i dawano ostrzeżenie, a dopiero trzeci incydent
w ciągu roku prowadziłby do aresztu. Rygoryści powinni też mieć na uwadze, że
nic nie wzmacnia mitu tak jak związane z nim zakazy, a każda prohibicja sprawia,
że owoc zakazany wydaje się bardziej soczysty. Nie ma więc nic gorszego niż
ignorowanie problemu, kneblowanie innych, nieprawomyślnych głosów i przekonanie
o bezwzględności swoich racji.
O tym, że marihuana stała się problemem, przekonują nie tylko dyskusje we
Francji, Belgii czy Niemczech, ale także przykład Kanady, w której siły
przeciwników i zwolenników marihuany wydają się równe. Tym sporom warto się
przyglądać, gdyż dyskusja o legalizacji marihuany nas nie ominie. Wydaje się
przy tym, że świadectwem demokracji jest nie tylko to, jakie rozwiązania się
ostatecznie przyjmie, ale i to, w jaki sposób (i przy użyciu jakich argumentów)
tę dyskusję się poprowadzi.
Podziałów społecznych mamy dość, a te, które pojawiają się na styku nowoczesnej
cywilizacji i etyki (związane m.in. z genetyką, aborcją czy małżeństwami
homoseksualnymi), będą narastać. Oby więc nęcący zapach trawki nie spowodował
jeszcze jednego podziału w i tak podzielonym społeczeństwie, a marihuana nie
stała się jeszcze jednym nierozwiązanym problemem. |