START
Nowości na stronie
Reggae newsy
MUZYKA
Reggae w Polsce
Reggae na świecie
Recenzje
Koncerty
Fotorelacje
RASTA i REGGAE
Reggae i  Rastafarianizm
Dready
Jamajka
Bębny
Czytelnia
Reggae słownik
Rasta foto
BOB MARLEY
Życie i twórczość
Dyskografia
Teksty piosenek
Wywiad
Galeria foto
INNE
Download
Forum
Czat
Rasta Rodzina
Księga Gości
Linki
Autorzy RRR

Poznaj innych Rasta z Polski!

  

Copyright: PiotRAS

Rozkołysana pieśń odkupienia

MIROSŁAW PĘCZAK

Reggae – muzyka wyrzutków, poetów, nawiedzonych mistyków i buntowników. Kiedyś wyszła z czarnego getta, by po latach zawojować świat. Ma do dziś miliony wielbicieli, a jej historia pokazuje, jak zagadkowe potrafią być drogi prowadzące od tego, co lokalne, ku temu, co uniwersalne.

Mówimy reggae, myślimy Bob Marley. 6 lutego mija 60 rocznica urodzin zmarłego w 1981 r. jamajskiego artysty, który namawiał czarnych braci, by walczyli o swe prawa, wieszczył upadek Babilonu, czyli opresyjnej cywilizacji opartej na wyzysku i marzył o zjednoczonej Afryce. „Africa Unite” to hasło z pieśni Marleya jest mottem wielkiego koncertu w Addis Abebie, który odbędzie się właśnie 6 lutego. Przez cały luty będzie zresztą trwał festiwal Marleyowski pod zielono-żółto-czerwonymi emblematami, z odczytami, pokazami filmów, wystawami i koncertami. Podobne, choć w mniejszej skali, imprezy zaplanowano też na Jamajce, w Paryżu, Londynie. W Warszawie w przeddzień rocznicy w klubie Balsam na Fortach Mokotowskich rodzima kapela The Relievers będzie grać największe przeboje Marleya.

Duch rasta wymaga oprawy

Ta historia, jak każda, ma swoją prehistorię i swoją mitologię. Na długo zanim przyszedł na świat Bob Marley, wywodzący się z Jamajki murzyński działacz Marcus Garvey rzucił hasło adresowane do wszystkich potomków czarnych niewolników żyjących na zachodniej półkuli: Back to Africa – wracajcie do Afryki. W 1927 r. po deportacji z USA Garvey apelował: zwróćcie oczy ku Afryce, gdzie koronuje się Czarny Król. Trzy lata później Ras Tafari Makkonen koronował się na cesarza Etiopii, przyjąwszy imię Hajle Sellasje I. Wydarzenie to miało być potwierdzeniem proroctwa Garveya i stało się zaczynem rastafarianizmu – osobliwego ruchu, który łączy motywy biblijne z elementami tradycji afrykańskich. Czci Hajle Sellasje jako Żywego Boga, Zwycięskiego Lwa Plemienia Judy, a za bliblijne „dwanaście plemion Izraela” uznaje dwanaście głównych skupisk czarnej ludności (jedno w sercu Afryki, w Etiopii, reszta w diasporze).

Rastafarianizm – zarówno jako synkretyczna afroamerykańska idea religijna jak i specyficzny styl życia, a nawet zbiór poglądów politycznych – od początku szukał nośnika, dzięki któremu mógłby się upowszechnić. Najdogodniejszym była muzyka, zdolna trafić nie tylko do aktywistów, ale i do społecznych nizin zaludniających getta.

Przełom nastąpił w 1963 r., kiedy założony przez Marleya zespół The Wailers wydał singel z piosenką „Simmer Down” (Opanuj się), nawołującą do położenia kresu walkom w Trench Town, czarnym getcie jamajskiej stolicy Kingston. Piosenka ta była bodaj pierwszym w historii przebojem nowego wówczas stylu ska. Szybkiej, rytmicznej muzyki uznawanej powszechnie za bezpośrednią poprzedniczkę reggae. Ska zostało jednak wkrótce zawłaszczone przez wojowniczą, chuligańską subkulturę rude boys, więc dla Wailersów, którzy już wówczas byli przekonanymi rastafarianami, stało się jasne, że teksty wyrażające ducha rasta wymagają nieco innej oprawy – dobitniejszego rytmu przechodzącego w transową pulsację i rozbudowanej partii basu. I w ten oto sposób doszło do narodzin reggae.

Muzyk jest czarownikiem

W książce „Ziemia obiecana. Kultura rocka 1954–1994” włoski krytyk muzyczny Gino Castaldo pisze: „Podobnie jak w czarnej muzyce amerykańskiej, choć bardziej świadomie, reggae przyjęło charakter rytuału, były w nim elementy transu, uwalniania energii duchowej. To muzyka szamańska, której zadaniem było nie tylko wprowadzać w stan euforii, uwalniać od bólu, ale i umożliwiać swoisty kontakt mistyczny prowadzący do uwolnienia z okowów świata materialnego. Muzyk był tu czarownikiem, kapłanem celebrującym obrzęd. Dopóki tego nie pojmiemy, trudno będzie zrozumieć, na czym polega wyjątkowa moc zawarta w reggae”.

Przez dłuższy czas doświadczała owej mocy stosunkowo nieliczna publiczność, wyłącznie ci, którzy kupowali wydawane na Jamajce płyty, i ci, którzy bywali na organizowanych na wyspie koncertach reggae. Ewentualnie na odbywającym się latem w londyńskiej dzielnicy Notting Hill festiwalu karaibskim, gdzie zresztą jeszcze na początku lat 70. częściej słyszało się rywalizującą z trynidadzkim calypso taneczną muzykę mento niż reggae.

Amerykańskie i brytyjskie rozgłośnie radiowe ignorowały proponowaną im muzykę Wailersów, Desmonda Dekkera czy Jimmiego Cliffa, a odpowiedzialni za repertuar muzyczny prezenterzy BBC tłumaczyli, że barierą jest charakterystyczny dla reggae zbyt głęboki i „gęsto chodzący” bas, który nie mieści się w dostępnych dla radia pasmach przenoszenia.

Po prawdzie szło o coś innego. Otóż w Stanach swojej mocnej pozycji na rynku nie chcieli utracić czarni muzycy soulowi i rythm’n’bluesowi, którzy przeczuwali, że reggae może być kłopotliwą konkurencją. Swoje opory mieli też amerykańscy aktywiści murzyńscy świeżo nawróceni na islam, zwłaszcza radykałowie z kręgu Black Power, dla których wyrażana w pieśniach reggae ideologia rasta wydawała się zanadto pacyfistyczna i nieskuteczna w walce politycznej przez swój pokrętny mistycyzm. Lody przełamał dopiero Desmond Dekker, który pod koniec lat 60. trafił na brytyjskie i amerykańskie listy przebojów z piosenkami „Shanty Town” i „The Israelites”. Dekker umarł w 1971 r., zanim to się jednak stało, otworzył drogę dla światowej kariery Boba Marleya i przyczynił wydatnie do rosnącej potem z roku na rok popularności reggae.

Czarni grają, biali szaleją

Podbój zaczął się od Anglii, gdzie grunt, zwłaszcza w Londynie, był zawczasu przygotowany. Młodzi biali mieszkańcy robotniczych dzielnic byli wyraźnie zafascynowani czarnymi rówieśnikami, którzy, jak pisał brytyjski socjolog Dick Hebdige, „sprawiali wrażenie dumnych i twardych”. Wygląd karaibskiego imigranta – krótka fryzura, ciężkie, noszone przez cały rok, buty, zaopatrzone w szelki dżinsy z podwiniętymi nogawkami – stał się w efekcie wzorcem dla nowo powstałej subkultury skinheadów. Z dzisiejszej perspektywy wygląda to na zadziwiający paradoks, ale taka jest prawda: pierwsza generacja brytyjskich skinheadów nie miała nic wspólnego z rasizmem, odwrotnie – wzorowała się na czarnej, napływowej kulturze gwałtownych rude boys z jej piosenkami ska opowiadającymi o walkach z policją i odurzaniu się marihuaną.

Przejście od ska do reggae dokonało się płynnie. Przede wszystkim dlatego, że większość pionierów reggae zaczynała od ska. O ile jednak ska trafiało głównie do dyskotek i często bywało traktowane na zasadzie prostej muzyki tanecznej, o tyle reggae niosło ze sobą klimat zupełnie inny. Rytm bębnów był nieco spokojniejszy, ale też mocniejszy, funkcje rytmiczne przejęły instrumenty dęte oraz gitara z charakterystyczną, jak mówią polscy muzycy, „przycinką”, zaś linia gitary basowej melodycznie sekundowała partiom wokalnym. Należy na nie zwrócić szczególną uwagę, bo teksty w reggae często są rodzajem kazania, poematu albo ideologicznego manifestu.

Oto jak koncert Marleya, który odbył się w Londynie w 1975 r., opisują w książce „Sto płyt, które wstrząsnęły światem” Grzegorz Brzozowicz i Filip Łobodziński: „Stojący centralnie, niczym prorok, Mulat ze skłębioną gęstwiną włosów skręconych w dreadlocki, odziany w byle jakie dżinsowe ubranie, dyrygował czymś, co nie miało prawa zabrzmieć – każdy z pozostałych muzyków zdawał się grać w swoim własnym rytmie. Pulsowały nawet instrumenty melodyczne. A jednak ta symfonia uderzeń pracowała bez zarzutu – każdy akcent trafiał dokładnie tam, gdzie powinien, w takt, doprowadzając publiczność do szaleństwa”. Kiedy Marley śpiewał „No Woman, No Cry”, ekstatyczną balladę, której bohater, czarny bojownik żegna się ze swoją kobietą, ogromna sala londyńskiego Lyceum śpiewała razem z nim. Krytycy pisali później, że większość audytorium stanowili biali młodzi ludzie.

Ikona z dredami

Nagle reggae stało się modne, a wizerunek Marleya z rastamańską sfilcowaną fryzurą zyskał walor ikony nie mniej rozpoznawalnej niż portret długowłosego Che Guevary z beretem ozdobionym pięcioramienną gwiazdą. Co ciekawe, prawie w tym samym czasie zaczęła się w muzyce rockowej punkowa rewolucja, można więc było domniemywać, że słuchająca publika podzieli się na dwie części – biali młodzi gniewni pójdą za punkiem, a czarni pozostaną przy reggae. Owszem, reggae już na początku lat 70. upowszechniło się także w Afryce, gdzie Marley zaczął być otaczany kultem, a młodzież z Senegalu, Mozambiku, Nigerii zaczęła nosić dreadlocki. Niektórzy z nich odchodzili od dużych Kościołów, by tworzyć wspólnoty rastafariańskie, ale na tym pieśń się nie kończy.

Stała się bowiem rzecz zaskakująca: na Zachodzie reggae okazało się jedyną czarną muzyką akceptowaną przez punków, a wielu czarnych artystów reggae z uznaniem wyrażało się o białych punkowych zespołach walczących z Babilonem, zwłaszcza o brytyjskim The Clash. Doszło do tego, że w 1979 r. czwórka ciemnoskórych muzyków z amerykańskiej kapeli Bad Brains zaczęła grać przemiennie ekstremalnie ostre kawałki punkowe i utwory rastafariańskiego reggae, nakłaniające do porzucenia przemocy, alkoholu i ciężkich narkotyków, natomiast w Wielkiej Brytanii piosenki reggae zaczęli śpiewać biali, na przykład wokalista znanego nam z występu w Sopocie zespołu UB 40. Precedensy zdarzały się wcześniej – dość powiedzieć, że piosenki reggae mieli w swoim repertuarze Rolling Stonesi, Led Zeppelin czy Eric Clapton.

Z czasem pojawił się wybitnie komercyjny nurt reggae tak zwany lovers’ rock. Byłby to nader trywialny koniec pięknej epopei, gdyby nie fakt, że współcześnie reggae wróciło do łask między innymi na fali zainteresowania muzyką świata (world music) i dziś wszyscy zgodnie przyznają, że to, co grał Marley, stanowiło pierwszy w historii przykład muzyki etnicznej spopularyzowanej w ogólnoświatowej skali. Przynależność do „etno” ma zresztą swój polski akcent – swego czasu góralska kapela Trebuniów Tutków nagrała płytę wspólnie z czarnymi rastamanami z angielskiego zespołu Twinkle Brothers.

Rastamani znad Wisły

Fala popularności reggae dopłynęła do Polski na dość podobnej zasadzie jak w Brytanii, czyli równolegle z falą radykalnego punk rocka. Zdarzyło się jednak coś jeszcze dziwniejszego, bo wraz z młodzieżowo-subkulturowym ożywieniem na początku ostatniej dekady PRL na ulicach polskich miast i koncertach rockowych pojawili się... polscy rastamani. Blond dreadlocki, koszulki w rastafariańskich, wzorowanych na etiopskiej fladze narodowej, barwach żółto-zielono-czerwonych, znaczki z symbolem liścia marihuany. Zespół Brygada Kryzys śpiewał „Babilon upadł”, a na polu namiotowym w czasie festiwalu w Jarocinie ktoś co roku propagował z lekka surrealistyczne hasło „dwunasta – czas rasta”. Z czasem przybywało reggae’owych kapel, niektóre jak Izrael czy Kultura starały się wzorować na „korzennym” (roots) reggae Marleya, inne jak Daab wybierały formułę o wiele lżejszą, komercyjną. Reggae grał nawet bluesowy Dżem, rockowe Mannam i T.Love.

Dziś w Internecie można znaleźć informacje o kilkudziesięciu polskich grupach grających reggae i jego bardziej rozrywkowe odmiany, jak dancehall czy ragga, co oznacza, że ta muzyka, choć rzadko obecna w eterze, bynajmniej nie zakończyła swojej historii także tu, nad Wisłą. Co prawda teraz rolę białych Murzynów przejęli u nas hiphopowcy, dobrze jednak pamiętać, że również hiphopowe melorecytacje mają swój pierwowzór w reggae właśnie.