Był sobie wielki i bogaty król oraz ledwie wiążący koniec z końcem biedak. Król mieszkał w Afryce, w Etiopii , biedak zaś na dalekiej Jamajce. Ubogi człowiek pomagał królowi i otrzymał za to nagrodę. Nie, wcale nie pół królestwa i królewnę za żonę. Nagrodą było uwielbienie tłumów i bezwzględna miłość ludzi różnych ras i stanów na całym świecie. Ale to nie bajka, wszystko to zdarzyło się naprawdę w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.
Na ulicach naszych miast jest ich coraz więcej: na ogół młodzi, ubrani w żółto-zielono-czerwone ciuchy, włosy na głowie posklejane w charakterystyczne strączki (dready). Słuchają reggae i unikają przemocy. U niektórych budzą niechęć i odrazę, inni przyglądają się im z zaciekawieniem i sympatią. Kiedyś, za czasów władzy ludowej, zwalczano ich tak, jak każdą subkulturę, która kontestowała socjalistyczny styl życia i otwarcie demonstrowała swoją odmienność. Dziś na całym świecie jest ich przynajmniej 750 tysięcy, z czego większość mieszka na Jamajce. Mówią o sobie “rastafari, od imienia Ras Tafari Makonnena, Lwa Judy, Króla Królów i Pana Panów, 225. cesarza Etiopii. Rastafarianizm to religia i precyzyjnie określony styl życia. Jednak jego historia to również polityka, propaganda i manipulacja. Świat dowiedział się o tych ludziach właściwie dzięki jednej osobie jamajskiemu muzykowi Bobowi Marleyowi.
Rastafarianizm
Ideologia, która wyrosła z ruchu Powrót do Afryki (Back to Africa), zapoczątkowanego przez Marcusa Garveya (1887-1940) z Jamajki. Celem założonej na początku wieku organizacji było umożliwienie mieszkańcom Jamajki powrotu do Afryki, ich prawdziwej ojczyzny. Garvey głosił również, że tam będzie koronowany król, który wezwie Afrykańczyków do powrotu do domu.
Gdy więc w 1930 roku Ras Tafari (książę Tafari) został koronowany na cesarza Etiopii Hajle Sellasje I, uwierzono, że wydarzenie to zwiastuje przepowiadany powrót Czarnych do Afryki. Cesarz jako potomek króla Salomona został uznany za żyjącego Boga.
Marley posiadł cudowny dar czarowania publiczności. Jego piosenki o miłości, pokoju, ciężkich czasach niewolnictwa czarnej rasy pobrzmiewały naturalnymi i głębokimi emocjami. Pochodzący z biednej prowincjonalnej mieściny Nine Miles muzyk w ciągu zaledwie dekady (od połowy lat sześćdziesiątych do połowy siedemdziesiątych) stał się apostołem religii miłości, przyjaźni i pokoju. Wraz z grupą The Wailers nagrywał kolejne płyty i koncertował po całym świecie, a bujająca muzyka reggae uwodziła tłumy. Nieważne było, że permanentnie zdradzał żonę i spłodził mnóstwo nieślubnych dzieci. Jego jamajski dom był jedną wielką komuną, gdzie ciągle przesiadywali goście, paląc marihuanę, śpiewając i grając w piłkę nożną. Ale przesłanie było prawdziwe i słuchacze to czuli. Mówił o rzeczach ważnych zwłaszcza dla Jamajczyków: że muszą być dumni ze swego koloru skóry, że istnieje miłosierny Bóg, który dopomoże, że miłość jest w życiu najważniejsza. Piosenki takie, jak "Could you be loved" czy "No woman, no cry" to do dziś jedne z największych hitów w historii przemysłu muzycznego. I choć w jego żyłach płynęła także biała krew, czuł się dzieckiem Afryki. Jak na ironię, to właśnie białe geny pozbawiły go życia. Od stłuczenia na stopie dostał czerniaka - odmianę raka, która nie występuje u osobników rasy czarnej. Zmarł w szpitalu w Miami 11 maja 1981 roku.
Przepowiednia proroka
Dla większości fanów Marleya rastafarianizm reprezentowany był właśnie przez nietypową fryzurę, pokojowe nastawienie do świata i kojące rytmy w muzyce reggae. Tymczasem jest to system wierzeń i zachowań, którego korzenie sięgają przynajmniej początku dwudziestego wieku, a odwołuje się on do tradycji biblijnych. Wszystko zaczęło się od niejakiego Marcusa Garveya, czarnoskórego działacza na rzecz równouprawnienia, który w latach dwudziestych zeszłego wieku nauczał w USA i na Jamajce. Ta dawna kolonia obarczona była straszną historią niewolnictwa i biedy czarnej rasy. Ludzie mieszkali w urągających godności warunkach, a ich szanse na zatrudnienie i zarobienie jakichkolwiek pieniędzy były minimalne. Garvey propagował wśród czarnej biedoty dwie ważne idee. Po pierwsze - należy być dumnym ze swego koloru skóry. Po drugie - to w Afryce zrodziła się cywilizacja i czarny człowiek jest lepszy od białego. Tak skrajna postawa była całkiem zrozumiała, skoro polityka, religia i cała cywilizacja nie potrafiły wskazać miejsca kolorowego człowieka w porządku świata. Wszystko było dla białych. Skoro sprawy tak się miały, należało porzucić kraj bladych twarzy i powrócić do korzeni: Matki Afryki. Powrót na Czarny Kontynent stał się istotnym czynnikiem wpływającym na ukształtowanie się nowej religii. Będąc w USA, działacz organizował nawet przedsiębiorstwo Black Star Lines, które miało stworzyć flotę statków przewożącą chętnych do ich ojczyzny. Każdy czarny obywatel mógł wykupić w nim udział, co dla białej społeczności było wprost nie do pomyślenia!
Gdzieś w połowie drugiej dekady XX wieku Marcus Garvey, próbując podnieść na duchu swoich pobratymców, wyrzekł prorocze słowa: "Patrzcie na Afrykę, tam bowiem zostanie koronowany czarny król i nadejdzie dzień wybawienia". Kilka lat później jego słowa stały się faktem. W dalekiej Etiopii, kraju o historii sięgającej czasów Starego Testamentu, na tron wstąpił Ras Tafari Makonnen, przyjmując imię Hajle Sellasje. Swój królewski rodowód wywodził od samego króla Salomona i królowej Saby. Zwolennicy Garveya natychmiast uznali go za przyobiecanego zbawiciela. Szybko też odszukano w Biblii zapis mówiący, że oto nadejdzie mesjasz, którego włosy będą jak wełna (kędzierzawe), stopy zaś jak płomienny mosiądz (brązowy kolor skóry). Wszystko pasowało jak ulał.
Zbawiciel i politykier
Jak to bywało w owym czasie w zwyczaju, Sellasje dostał się na tron przy pomocy wojska. Mówił o wielkich planach dla swego kraju, odbudowie, edukacji i stworzeniu ojczyzny dla wszystkich ciemnoskórych ludzi, uciskanych przez białych. Jednak II wojna światowa pokrzyżowała jego plany, zmuszony był udać się na wygnanie do Anglii i USA, skąd organizował zbrojny opór wobec najeźdźcy. Etiopię zajęła bowiem włoska armia, wykonując rozkaz Mussoliniego, marzącego o stworzeniu afrykańskiego cesarstwa. Po zakończeniu działań wojennych cesarz wrócił do ojczyzny i podjął trud powojennej odbudowy. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja, bo w rzeczywistości Etiopia stała się krajem zwalczających się stronnictw i koterii, przeżartym przez korupcję. W "pierwszych słowach swego listu" Sellasje nakazał rozstrzelać przywódców marksistowskiej partyzantki, która na miejscu walczyła z okupantem. Na terenie kraju pobudowano 11 pałaców, w których zastępy służby czekały tylko na wizytę Najmiłościwszego Pana. Jak to zwykle z dyktatorami bywa, cesarz lubił zmieniać miejsca pobytu, by jego wrogowie nie wiedzieli, gdzie się znajduje. W jednym z tych pałaców, zbudowanym na środku pustyni, Sellasje zanocował... tylko raz. Chętnie przyjmował pomoc z zagranicy, ale żadna żywność czy pieniądze nie docierały do umierającej z głodu po kolejnej suszy ludności. Zagraniczni dziennikarze właściwie nie mieli dostępu do informacji (miejscowych nie było, bo lud niegramotny), a każdy mieszkaniec żył w nieustannym strachu o pracę i życie. Genialne studium tyranii oraz jej upadku daje nasz wybitny reportażysta Ryszard Kapuściński w książce "Cesarz". Z niej właśnie wyłania się obraz polityka przebiegłego, potrafiącego manipulować otaczającymi go dygnitarzami tak, by gryźli się między sobą, ale jego samego nie ruszali. Wspaniały plan udostępnienia Jamajczykom etiopskiej ziemi także spalił na panewce. Kiedy w 1966 roku cesarz przybył na Jamajkę, przyjęto go z entuzjazmem i czołobitnością należną komuś większemu niż władca jednego państwa. Tysiące ludzi słuchały, jak Sellasje mówił o "przejściowych kłopotach" (termin dobrze nam znany) i potrzebie poczekania na stosowniejszy moment, by wyruszyć w wielką podróż przez ocean. Jednak dla rozkochanych w cesarskiej osobie rastafarian nie miało to znaczenia, gdyż samo spotkanie z nim było przeżyciem mistycznym. Niewielu dało także posłuch wieści o śmierci dyktatora w 1975 roku, niedługo po tym, jak pucz marksistowski pozbawił go w końcu władzy. Jego legenda jednak żyje do dziś, rastafarianie czekają na przyobiecane zbawienie, a wielu wyznawców uważa, że boski pierwiastek z duszy władcy rozproszył się po świecie i można go teraz odnaleźć w każdym nowo narodzonym dziecku.
Trzy zasady
Wiara w boskość Hajle Sellasje to jedno z podstawowych założeń rastafarianizmu. Drugim jest studiowanie Biblii, jednak w sposób szczególny i selektywny. Ponownie pojawia się tu problem skrajnego szowinizmu, uwypuklającego fakt, że to czarna rasa jest narodem wybranym, biali zaś reprezentują tak zwany Babilon, szatański system korupcji i moralnego rozpasania. Czytając Pismo Święte, mieszkańcy Jamajki zapamiętali także przypowieść o Samsonie i jego włosach, których nie mógł obcinać, by nie stracić siły. Podobnie jak ortodoksyjni Żydzi, rastafarianie wierzą, że włosów na ciele tykać ostrzem nie wolno, więc zawijają je właśnie w dready.
Trzecim ważnym i bodaj najbardziej kontrowersyjnym przykazaniem jest... palenie marihuany. Nie chodzi tu bynajmniej o propagowanie narkomanii. Jamajscy Rasta studiując Biblię natknęli się na kilka intrygujących dla nich wyjątków, które niestety w wersji polskiej nie brzmią tak dobrze, jak po angielsku. W Księdze Rodzaju czytamy zatem: "Ciernie i osty rodzić ci będzie i żywić się będziesz zielem polnym" (Rdz 3: 18), natomiast w psalmie 104: "Sprawiasz, że rośnie trawa dla bydła i rośliny na użytek człowieka". Konopie jako roślina uprawna znana jest ludzkości już od tysięcy lat, dodatkowo na Jamajce występują one dziko i tradycja ich palenia sięga wiele wieków wstecz. Nie należy się więc dziwić, że powyższe fragmenty wyznawcy religii wzięli za dobrą monetę. Warto jednak pamiętać, że palenie "trawki" nie jest czczą rozrywką. Płonąca fajka ma status komunii, służy bowiem zjednoczeniu się z Najwyższym, zwanym tutaj Jah (tu znowu skojarzenie z judaizmem, gdzie mamy Jahwe).
Rastafarianie zawsze opowiadali się przeciwko wszelkim używkom i narkotykom. Posłuszny religii wyznawca nie pije alkoholu, kawy ani napojów gazowanych, uznając tylko naturalne soki i napary ziołowe. Podstawę jadłospisu stanowi tak zwane pożywienie I-Tal. Jest to pokarm, który nie był w żaden sposób konserwowany (nawet zamykany w słoiku czy puszce) i pochodzi bezpośrednio z drzewa czy rośliny. Większość Rasta to wegetarianie, ale nie jest to wymóg konieczny. Nie wolno jeść wieprzowiny, bo jest nieczysta (świnie żywią się odpadkami) oraz... krewetek, krabów i homarów, gdyż są to morscy padlinożercy.
Rastafarianie są pacyfistycznie nastawieni do świata, kobiety postrzegają jako istoty niższe od mężczyzn. Paloną przez siebie marihuanę (ganji) uważają za lekarstwo i pokarm duchowy. Noszą dready okryte czasem ręcznie wykonaną czapeczką w kolorach czarno-czerwono-zielono-żółtym. Czerń to kolor skóry Afrykańczyków, czerwień symbolizuje krew męczenników w historii Jamajki, zieleń przedstawia nadzieję zwycięstwa nad uciskiem, a żółty to kolor jamajskiej flagi. Radykalni rastafarianie nie jedzą mięsa i nie piją alkoholu, posługują się także własnym specyficznym slangiem.
Miłość, jedność i kłopoty
Obecnie religia Rasta przeżywa kryzys tożsamości, podobnie jak większość wyznań na świecie. Idea powrotu do Afryki okazała się mrzonką, a różnice i nierówności rasowe nie są już tak ogromne, jak na początku zeszłego wieku. Starszych Jamajczyków martwi sytuacja, w której młodzież odwraca się od przykazań religii, a zamiast uświęconego konopnego ziela wybiera alkohol. Rozprzestrzenienie twardych narkotyków, takich jak heroina czy crack (rodzaj kokainy do palenia), wpływa nie tylko na wzrost przestępczości, ale także niszczy narodową tożsamość mieszkańców wyspy. Mimo tych problemów, rastafarianie nadal czekają na przyobiecanego Zbawiciela, studiują Pismo Święte i próbują zjednoczyć się z Jah. Jedność bowiem to jedna z najistotniejszych koncepcji religii, wyrażona stwierdzeniem "I and I". Dosłownie oznacza to "ja i ja", a używane jest tak, jak słowo "my" lub sformułowanie "ty i ja". Stanowimy jedność, ponieważ w obliczu Boga jesteśmy jednością, wierzymy w to samo i jesteśmy jak bracia. Razem z Jah i innymi wyznawcami tworzymy jednego ducha. Mimo całej utopijności poglądów reprezentowanych przez rastafarian, należy mieć nadzieję, że będą w stanie uratować swoją kulturę i religię przed niszczycielskim wpływem globalizacji. Może nawet doczekają się wreszcie swojego mesjasza, który zabierze ich do afrykańskiej Ziemi Obiecanej.